Kapsztad

Kapsztad

Nadszedł ten czas, aby podzielić się z Wami miejscem, które od bardzo, bardzo dawna było moim wymarzonym punktem na mapie świata – Kapsztad! Miasto oddalone od Durbanu 1500 kilometrów jest jedną z 3 stolic Republiki Południowej Afryki. Udałem się do tej miejscowości pod koniec września wraz z moimi niedawno poznanymi znajomymi z Niemiec. Kapsztad nie zawiódł mnie niczym. Od samego wylądowania na lotnisku byłem podekscytowany, że w końcu tutaj jestem! Tak długo wyczekiwane marzenie, które w końcu się spełnia! Po prostu czad! Miasto oferuje zwiedzającym szeroki wachlarz atrakcji, spędziliśmy tam 8 cudownych dni, zwiedziliśmy naprawdę bardzo dużą część miasta i okolic – a i tak muszę przyznać, że nie zwiedziliśmy wszystkiego.. chociażby wszystkich otaczających miasto winiarni! 😄

Zacznę może od tego, że post podzieliłem na dwie części, gdyż mam masę zdjęć, które chciałbym opublikować. Pierwszy wpis jest na temat samego miasta, kolejny będzie na temat okolicznych atrakcji, które udało nam się zwiedzić. Z racji iż wylądowaliśmy późnym wieczorem 20 września w Kapsztadzie tego też dnia nie zwiedziliśmy nic. Przelotu z Durbanu dokonaliśmy krajową linią lotniczą Mango, a nasze mieszkanie zarezerwowaliśmy w bardzo korzystnej cenie przez Airbnb. Kolejnego dnia zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od fenomenalnego V&A Waterfrontu. Obecne serce miasta oferuje zwiedzającym dużą liczbę atrakcji, a atmosfera tego miejsca jest wręcz niedopisania. Ludzie tutaj są szczęśliwi, wolni. Każda osoba, którą spotkałem w tym mieście powtarzała mi, że mam wykorzystać ten czas na maxa i nie mam się martwić niczym, bo to Cape – miasto wolnych ludzi. I tak, to prawda – miasto jest wolne od zmartwień. Chociażby z pozoru… 😌 Po przespacerowaniu się nabrzeżem, kolejnym naszym kierunkiem było oceanarium Two Oceans Aquarium, które może i nie należy do jednych z największych na świecie, ale jego projekt wnętrza należy do jednych z najlepiej zaprojektowanych jakie miałem okazję zobaczyć w życiu.

Jedno z powyższych zdjęć (przedostatnie) przedstawia jajo rekina, w którym znajdował się zarodek tego gatunku ryby. Po wizycie w oceanarium postanowiliśmy jeszcze raz przespacerować się Waterfrontem i udać się do centrum handlowego Victoria & Alfred Waterfront. Po drodze spotkaliśmy licznych artystów ulicznych, którzy śpiewem i tańcem umilali czas zwiedzającym. Po powrocie do naszego domu i krótkim odpoczynku, wieczorem – ruszyliśmy na miasto! Naszym miejscem kulminacyjnym tego dnia okazał się lokal YOURS TRULY, który był rekomendowany przez wszystkich moich znajomych jako świetne miejsce na spędzenie wieczoru w Cape.

Sobotni poranek w Kapsztadzie rozpoczęliśmy od spędzenia czasu w hipsterskim markecie The Old Biscuit Mill, który jest zlokalizowany w dzielnicy Woodstock. Market ten nie był moim pierwszym jaki miałem okazję zwiedzić w tym kraju. Po wizycie w tym miejscu, jedno jest pewne – Południowoafrykańczycy uwielbiają handel w każdej formie! W przestrzeni marketu można było zaopatrzyć się w unikalne przedmioty, ciuchy, akcesoria zaprojektowane i wykonane przez mniej lub bardziej znanych projektantów. Na terenie całego obszaru znajdował się jeden namiot, który był przeznaczony jedynie do handlu gastronomią. W jego też bliskim otoczeniu znajdowało się miejsce przeznaczone dla artystów, którzy umilali czas klientom, przygrywając chillout’owe kawałki.

Po małym shoppingu, naszym kolejnym kierunkiem tego dnia był niesamowity – i chyba najbardziej przeze mnie wyczekiwany obszar w tym mieście – Bo Kaap! Pierwsze małe, parterowe domy zostały wybudowane w 1763 roku dla niewolników sprowadzanych z Malezji, Indonezji czy innych regionów Afryki, gdyż rdzenni mieszkańcy oparli się rządom holenderskich kolonistów. Nowa społeczność na tym obszarze była głównie wiary muzułmańskiej, a na terenie tego obszaru występuje kilka meczetów – w tym jeden seledynowy. ☺️ Jaskrawo zabarwione fasady przypisuje się nowym właścicielom domów jako wyraz wolności, gdyż wszystkie domy były pomalowane na biało w czasie dzierżawy niewolnikom.

 

Czas na Park i Muzeum! Kolejnym naszym przystankiem był przepiękny park miejski The Company’s Garden, gdzie spędziliśmy czas odpoczywając i karmiąc zwierzaki zakupionymi przez nas orzechami. Niestety – kolejny raz pomimo moich szczerych chęci nie widziałem nigdzie małpek. Podobno są wszędzie, ale ja najwyraźniej mam pecha, aby je spotkać. Ostatnim już przystankiem tego dnia było muzeum “South African National Gallery”, które pomimo bardzo niskiej ceny i tak odradzam. 😬

Kolejny dzień w tym pięknym mieście rozpoczęliśmy wizytą dzielnicy St James, gdzie wraz z kolegą miałem okazję surfować! False Bay, która jest otoczona Półwyspem Przylądkowym zapewniła nam idealne fale. Od samego początku udawało nam się łapać niezliczone ilości fal. Zdecydowanie było to jedno z najpiękniejszych przeżyć w moim życiu, które będę wspominał do końca mojego życia! 😉 Samo miejsce urzeka krajobrazem. Na terenie plaży znajduje się kilkanaście kolorowych, drewnianych domków, które sprawiły, że obszar ten był jeszcze bardziej magiczny o bardzo wysokich walorach turystycznych.

Po świetnie wykorzystanym poranku naszym kolejnym punktem na mapie było spędzenie czasu na Clifton Beach. Na trasie do wcześniej wspomnianego miejsca zauważyliśmy też świetny punkt widokowy, gdzie zatrzymaliśmy się na krótką chwilę w celu podziwiania panoramy miasta.

Naszym ostatnim punktem tego dnia miała być wycieczka na wyspę zamieszkaną przez foki. Niestety, nie udało nam się tego zrealizować, gdyż tego dnia ocean nie należał do zbyt spokojnych i w obawie przed zbyt dużymi falami, wszystkie kursy wykonywane łodziami na tą wyspę były odwołane. Myślę, że jest to po prostu pretekst, aby kiedyś wrócić do tego miasta i zrealizować tą wycieczkę innym razem! 😁

Na nasze nieszczęście okazało się, że w bliskim sąsiedztwie miejsca, z którego organizowano wycieczki na Wyspę Fok jest zlokalizowany kolejny market – Bay Harbour Market, gdzie tak jak we wspominanym wcześniej innym markecie w dzielnicy Woodstock – odbywa się handel unikatowymi przedmiotami, zaprojektowanymi przez licznych projektantów. W tym też miejscu, spędziliśmy nasze popołudnie, delektując się świetnie przyrządzonymi owocami morza. Nasz wieczór spędziliśmy na najpiękniejszej plaży w Kapsztadzie – Camps Bay, gdzie podziwialiśmy zachodzące słońce. Po powrocie do domu, tego niedzielnego wieczoru zdecydowaliśmy się wyjechać “na miasto” – a konkretniej na Long Street do pubu zwanego Beer House. Samą ulicę mogę z czystym sercem polecić jako miejsce, zaopatrzone w niezliczoną ilość lokali i miejsc do spędzenia wolnego wieczoru. Pub, w którym mieliśmy okazję spędzić czas, zaskakiwał nawet mnie kreatywnością projektanta wnętrza. Sam budynek został wybudowany w czasach kolonialnych – posiada charakterystyczne dla tego czasu balkony o bogatej ornamentyce. Obecnie obiekt jest przemalowany na jaskrawy żółty – tworząc ciekawy zabieg stylistyczny.

Poniedziałkowy poranek rozpoczęliśmy od podróży na Górę Stołową, gdzie aby dostać się na szczyt skorzystaliśmy z kolejki linowej. Niestety, tego też dnia w RPA było święto narodowe – Dzień Dziedzictwa Kulturowego, co było przyczyną długiego oczekiwania w celu skorzystania z atrakcji, gdyż nie tylko nasz trójka chciała dostać się na szczyt korzystając z tego przejazdu. Sama góra należy do części Parku Narodowego Cape Peninsula i w 2004 roku park ten został wpisany na światową listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Nie mam pojęcia, który to już zabytek jaki miałem okazję zwiedzić, ale w przyszłości postaram się wykonać małe zestawienie tych atrakcji. 😊

 

Po dotarciu na miejsce moim oczom ukazał się jeden z najpiękniejszych widoków jakie miałem okazję zobaczyć w życiu. Niebo było praktycznie bezchmurne, co umożliwiło nam napawać się spektakularną panoramą roztaczającą się na Kapsztad oraz Ocean Atlantycki. Część Parku Peninsula, którą miałem okazję zobaczyć zrobiła na mnie bezkonkurencyjne wrażenie. Uważam jednak, że to panorama na miasto i ocean wywarły na mnie owe wrażenia. Na szczycie góry spędziliśmy około 3 godzin, spacerując i nasycając się otaczającym nas pejzażem.

Po zjeździe z Góry Stołowej kolejką linową, postanowiłem się rozłączyć z moimi znajomymi, gdyż pragnąłem tego samego dnia zwiedzić Muzeum Współczesnej Afrykańskiej Sztuki Zetiz MOCAA, które jest największym muzeum na świecie z współczesną sztuką afrykańską. Natomiast moi znajomi, postanowili tego popołudnia wspiąć się jeszcze na szczyt Lion’s Head. Moją decyzję o rezygnacji z wspinaczki podjąłem silnymi argumentami, gdyż nasz plan zwiedzania miasta był bardzo napięty praktycznie do ostatniego dnia. Drugim moim argumentem okazał się ukryty w głębi duszy Januszek, gdyż tego dnia wstęp do muzeum z racji narodowego święta – był darmowy. 😆 Wystawa zlokalizowana jest w przeprojektowanym silosie wybudowanym w 1921 roku na obszarze V&A Waterfront. Projekt przebudowy oryginalnego obiektu namieszał sporo w środowisku architektury. I słusznie. Idea została zaprojektowana przez Heatherwick Studio. W ramach przebudowy obiektu wyrzeźbiono w 42 gęsto upakowanych betonowych cylindrach, duże otwarte przestrzenie nadając “katedralne” wnętrze budynkowi. Kolejną zmianą w kubaturze obiektu było dodanie poduszkowych paneli szklanych w górnych piętrach budynku. Muszę przyznać, że efekt końcowy jest piorunujący!

Kiedy w końcu udało mi się dotrzeć do wnętrza obiektu, moim oczom ukazał się zawieszony w powietrzu smok wykonany z plastikowych materiałów na tle wręcz “gotyckiego” charakteru wnętrza. W moich uszach rozbrzmiały afrykańskie bębny i przyśpiewy, coś w rodzaju muzyki creepy. Od samego początku muzeum to stara się tworzyć niepowtarzalne emocje, angażując przy tym spektrum wszystkich zmysłów. A wystawa? Była imponująca! Podobała mi się. Była czymś co totalnie czuje w Afryce – czymś kolorowym, nieokreślonym, niezrozumiałym a pociągającym. Z czystym sercem polecam to miejsce!

 

Kolejne 3 dni spędziliśmy na zwiedzaniu innych atrakcji zlokalizowanych poza miastem Kapsztad. Atrakcje te i moje przeżycia opisze w kolejnym poście, ale zanim to nastąpi – chciałbym jeszcze wrócić po raz kolejny do Cape. Ostatniego dnia, którym był piątek postanowiliśmy zwiedzić pozostałe, nieodkryte przez nas miejsca w mieście. Nasz samolot powrotny do Durbanu był o godzinie 21, dlatego też, zyskaliśmy dzięki temu kolejny, dodatkowy dzień na zwiedzanie. Wczesnym porankiem udało mi się przekonać moich towarzyszy, aby zobaczyć jeszcze historycznie wykształcone centrum miasta, zlokalizowane pomiędzy Ratuszem, który został wybudowany w 1905 roku a fortyfikacją zwaną Zamkiem Dobrej Nadziei, która uchodzi za najstarszy zachowany budynek kolonialny z 1666 roku.

Ostatniego też dnia udaliśmy się po raz kolejny przespacerować się Waterfrontem, aby następnie zwiedzić kolejne muzeum zlokalizowane na Robben Island. Muzeum to jest niczym innym jak wyspą, na której jest zlokalizowane więzienie, gdzie swojego czasu odsiadywał tu wyrok dożywotniego więzienia, pierwszy czarnoskóry prezydent RPA – Nelson Mandela. Ponadto, na wyspie utworzono rezerwat przyrody dla ochrony pingwinów i innych gatunków ptaków. W 1999 roku obszar ten został wpisany na światową listę dziedzictwa UNESCO. Aby dostać się na wyspę wykupiliśmy bilety do muzeum, które zawierały również cenę za przepłynięcie statkiem wycieczkowym do docelowego punktu. Co mogę dodać na temat tej części mojej wycieczki? Cena biletu była nieadekwatna do oferowanej atrakcji turystycznej. Poza tym, iż z wyspy rozprzestrzeniał się świetny widok na miasto Wyspa oferowała zwiedzenie tylko obiektów kompleksu więziennego w tym celi, gdzie odsiadywał swój wyrok przyszły prezydent RPA. Po powrocie z wyspy, udałem się wraz z Sabriną i Ottem na lotnisko w celu powrotu do mojego miasta. Ostatnią rzeczą, którą chciałbym dodawać do wpisu, rzeczy o której nie powiedzą wam w przewodnikach są shanty-town, z którymi również i Kapsztad się zmaga. Co mam na myśli pisząc shanty-town? Są to obszary w mieście, zazwyczaj na przedmieściach, gdzie występuje nielegalne osadnictwo. Budynki na tych obszarach są wykonane z najtańszych, łatwo dostępnych materiałów (mam na myśli blachę dachową, płyty itd). Nie posiadam zbyt wielu zdjęć z tych terenów, gdyż były one zlokalizowane na obrzeżach miasta przy trasach szybkiego ruchu, gdzie miałem okazję obserwować owe zjawisko z pozycji pasażera. Innym powodem jest fakt, że shanty-town’y są po prostu niebezpieczne – i “białas” z Polski nie byłby mile widzianą osobą w tym miejscu. “W Kapsztadzie ludzie są wolni”…

 



Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *