Durban II

Durban II

Kontynuacja artykułu DURBAN I.

AFRYKAŃSKI VIBE

Durban jest bardzo różnorodny pod względem społeczeństwa, architektury czy tez stylu życia. Centrum miasta jest właśnie miejscem, gdzie można doświadczyć typowej Afryki. O tym, jak bardzo niebezpieczne jest miasto naczytałem się nie raz. Wydaje się, że to właśnie centrum miasta jest jedną z tych przestrzeni. Afrykańczycy są przede wszystkim głośni, lubią handel i nietuzinkowy styl życia.

Transport publiczny (jaki my znamy) w tym mieście nie istnieje. Istnieją natomiast „taxis”, które są swojego rodzaju pewnym elementem ich kultury. Moim zdaniem jest to rzecz, którą naprawdę warto zrobić będąc w RPA. Po wejściu do busa – kierowca odpala typowy afrykański bit (typu afrykańskie creepy techno). Emocje sięgają zenitu! Przy odrobinie szczęścia – siedząc w pierwszym rzędzie, będziecie uczestniczyć w rozliczaniu pasażerów za bilety z kierowcą w trakcie jazdy. Atmosfera w samochodzie jest niepowtarzalna – a lokalne społeczeństwo naprawdę doceni to, że białoskóra osoba korzysta z tego samego środka transportu co i oni. „Taxis” są super tanie i dają niezapomnianą dawkę adrenaliny. W centrum miasta bywałem niejednokrotnie, gdyż jeździłem tam do biblioteki. Znajduje się ona w ratuszu miejskim z 1910 roku, który jest „bratem bliźniakiem” ratusza miejskiego w Belfaście.

TARGOWISKA

Kolejnym elementem ich kultury jest właśnie handel. Stragany są praktycznie na każdej ulicy. Nawet w okolicach uczelni były stoiska, gdzie lokalne społeczeństwo codziennie sprzedawało pieczoną kukurydzę, mięso, kiełbasy, chipsy, słodycze czy nawet papieroski na sztuki.

Bywały targowiska, gdzie ludzie sprzedawali towary w cywilizowany sposób, ale bywały też miejsca, gdzie te towary były sprzedawane w bardziej „dziki” nieformalny sposób. Jednym z takich miejsc, gdzie doświadczymy nieformalnego handlu są okolice centralnego dworca kolejowego i część miasta nazywająca się Warwick. Pod nieukończonym wiaduktem oraz i na nim – można było zaopatrzyć się we wszystko. Wiadukt nie został ukończony, ponieważ inżynier, który zaprojektował sieć dróg tego węzła komunikacyjnego popełnił błąd (w RPA jest ruch lewostronny a projektant pochodził z Niemiec). Nie przeszkodziło to natomiast lokalnemu społeczeństwu w szybkiej adaptacji tego obiektu do prowadzenia sprzedaży towarów potrzebnych do „muti” (praktykowania wiary w czarną magię). Można tam kupić: suszone części ciał zwierząt, roślin itd. Odór, który unosił się w powietrzu był nie do wytrzymania. Inne ciekawe targowiska w mieście znajdywały się również w bliskiej lokalizacji centrum miasta, gdzie ja chodziłem na dredy. Przyznam się, że lokalni handlarze jak i ja – byli pod wrażeniem mojej odwagi. Niekoniecznie ten metalowy „shack” (barak) – był miejscem bezpiecznym dla „białego” polaczka, tym bardziej, że byłem tam kilkukrotnie sam.

 

Ogromnym zainteresowaniem społeczeństwa cieszą się markety, gdzie robiąc zakupy nie oczekuje się zbyt dużej dawki adrenaliny. Takim marketem może być zlokalizowany na przedmieściach Durbanu SHONGWENI FARMERS MARKET, który z pewnością spodoba się niejednemu turyście. Ciekawostką jest fakt, że to właśnie tego typu miejsca sprawiają, że społeczeństwo zaciera bariery rasowe, przebywając tam w celu „konsumpcji doświadczeń” – jedzenia, zakupów czy spotkań.

INDIE W AFRYCE

Durban jest nie tylko afrykański, europejski, ale jest również indyjski. W mieście możemy znaleźć wiele świątyń hinduskich, sklepów z indyjskimi przyprawami oraz restauracji. To właśnie tutaj zrodziło się danie zwane bunny-chow. Można go trochę porównać do polskiego żurku w chlebie, ale zamiast zupy, w pieczywie znajduje się curry z mięsem i warzywami, które są pikantne. Najlepszą knajpką serwująca w Durbanie to danie okazała się CANECUTTERS, ale ja również polecam indyjską restauracje THE LITTLE INDIA RESTAURANT.

Indyjskie wpływy widać w całym mieście, ale to ulica The Grey Street (aktualnie Denis Hurley Street) jako pierwsza została zaadoptowana przez azjatycką społeczność w Durbanie. Można ją porównać do znanego wszystkim Chinatown w Londynie. Ornamentyka, detale czy sam kształt budynków przypominają żywcem skopiowane budynki z Mumbaju. To na tej ulicy powstał największy na tej półkuli ziemskiej meczet Juma Mosque oraz unikalny VICTORIA MARKET, który działa do dzisiaj. Będąc tam na zakupach, czułem się bardzo nieswojo – kontrolując cały czas czy nadal mam telefon w kieszeni. Plusem w tym markecie są na pewno ceny. Nie skuszę się  jednak na stwierdzenie, że jest to miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć będąc w Durbanie.

SHANTY-TOWNY I TOWNSHIPY

Poprzez politykę apartheidu do 1994 roku miasto kształtuje się według ściśle ustanowionych zasad podziału, segregacji społecznej. Poza ścisłym centrum na obrzeżach miasta tworzą się struktury miejskie, które zamieszkuje najbiedniejsza część społeczeństwa. Mija 25 lat – a jednak nadal się nic nie zmieniło. Shanty-towny – czyli tak zwane slumsy. Jest to tkanka miasta, którą tworzą tak zwane „shacki” (budy) wykonane z materiałów tymczasowych. Metropolia Durbanu liczy ponad 3,4 miliona mieszkańców z czego 1,1 miliona żyje w skrajnie słych warunkach, nie mając dostępu do wody, kanalizacji czy prądu. Ja nie miałem okazji być osobiście w prawdziwych shanty-townach, gdyż wiąże się to po prostu z dużym niebezpieczeństwem. Miałem za to okazję być w town-shipach.

KWAMASHU

Jest to część miasta, gdzie mieszka czarnoskóre społeczeństwo i pomimo dostępu do wody, kanalizacji i prądu nadal jest marginesem społecznym. Przestrzenie są w dużej mierze niekontrolowane, brakuje w nich podstawowych usług czy planowania przestrzennego. W kilku przewodnikach przeczytałem, że town-shipy należą do niebezpiecznych. Ciężko mi się odnieść do tych informacji, gdyż byłem tam ze znajomymi. Odniosłem wrażenie, że ta społeczność jest bardzo pozytywna, miła i przyjazna. Sprawiali raczej wrażenie totalnie zaskoczonych i nie przygotowanych, aby mnie zaatakować. Pierwszy raz miałem okazje być tam jako turysta – totalnie odradzam tego typu zwiedzanie. Miałem wrażenie, że główną ideą przewodnika tej wycieczki było pokazanie bogatemu Europejczykowi: „jak bardzo biedni jesteśmy”.

Po mojej wizycie w town-shipie, poznałem Wandile, którego wpis na temat UBUNTU pojawił się już na blogu . To on pokazał mi prawdziwą część miasta, stworzoną przez czarnoskóre społeczeństwo i to on pokazał mi, że pomimo biedy – ci ludzie żyją w harmonii i są bardzo życzliwi dla innych. Moim punktem kulminacyjnym pobytu w KwaMashu – było uczestniczenie w mszy adwentystów dnia siódmego. Po kazaniu pastora wleciał gospel, ludzie zaczęli śpiewać i wielbić Pana. Następnie całe społeczeństwo spotkało się na wspólnym obiedzie przy kościele. Co mnie zaskoczyło – dla każdego był obiad. Cały urok tego miejsca polegał na tym, że ci ludzie się dzielą. Każdy przynosi coś do jedzenia (trochę mniej, trochę więcej), w zależności od sytuacji finansowej. Natomiast każdy po wspólnej modlitwie, otrzymuje ten sam posiłek. Podczas mojego pobytu tam, miałem okazję zwiedzenia kilku szkół, które z uwagi na to ze był weekend zmieniały funkcje (były kościołami). Każdy w KwaMashu był mną zaciekawiony, chciał abym zrobił mu zdjęcie – wymieniając się przy tym szczerym uśmiechem i szacunkiem. Byli w pewnym sensie mnie ciekawi, bo przecież przyleciałem z Polski i to ja dla nich byłem egzotyczny.

Jedną z mieszkanek takiego town-shipu była moja sprzątaczka Timbsi. Dlaczego miałem sprzątaczkę? W RPA jest taka niepisana zasada… Jeżeli ciebie stać – musisz dać zarobić innym. Z perspektywy czasu bardzo się cieszę, że ją miałem, ponieważ to ona opowiedziała mi wiele rzeczy na temat społeczeństwa i życia w tym państwie.

TO JAK TO W KOŃCU JEST?

Patrząc już z perspektywy czasu, bardzo się cieszę, że miałem okazję mieszkać właśnie w tym afrykańskim mieście. Miasto jest cholernie różnorodne. Jest całkowicie inne niż te, które my znamy. Posiada swój charakterystyczny styl i zasady, które na początku ciężko było mi zaakceptować, a co dopiero zrozumieć. W mieście jest bardzo dużo miejsc, gdzie lepiej nie pokazywać się z telefonem, aparatem czy portfelem „wypchanym sianem”. RPA nie należy do państw, gdzie normalną rzeczą jest chodzenie po zmierzchu ulicą. Ja takich sytuacji starałem się unikać, ale zdarzyło mi się nie raz wracać o zmroku do mojego domu.

Apartheid w powietrzuChciałbym powiedzieć, że to bullshit, ale nie powiem. Z moich obserwacji wygląda to tak, że białoskóre społeczeństwo podchodzi z ogromnym dystansem do innych, stając się swojego rodzaju trochę paranoikami. Hindusi się izolują i unikają wchodzenia w interakcję z innymi, żyjąc w swoich zamkniętych enklawach. Natomiast czarnoskóre społeczeństwo wydawało mi się najbardziej sympatyczne. Nie raz usłyszałem masę komplementów od pań ekspedientek. Sami czarnoskórzy żartują, że „osoba, która za tobą idzie wieczorem i nie jest biała prawdopodobnie ciebie zaatakuje – jest to znak, żeby uciekać”.

Podczas mojego czteromiesięcznego pobytu w Durbanie nie stałem się ofiarą żadnej niebezpiecznej sytuacji, nie mniej jednak byłem świadkiem jednego incydentu, gdzie została okradziona jedna dziewczyna. Pewnego dnia miałem też sytuacje, że idąc Złotą Milą odniosłem wrażenie że ktoś mnie śledzi. Poza tym słyszałem również o przypadkach, gdzie zaatakowano w samochodzie mężczyznę, raniąc go kilkukrotnie nożem czy również historie moich znajomych jak zostali kilkukrotnie okradzeni (nawet z butów:). Sytuacje, które miałem okazję usłyszeć sprawiły, że z większym dystansem, świadomością i obserwacją otoczenia – zwiedzałem i codziennie funkcjonowałem w afrykańskim mieście.

Durban można zwiedzić na dwa sposoby: poznać dogłębnie jego kulturę i styl życia lub można iść szablonowym, turystycznym szlakiem. Fascynacja afrykańską kulturą nadal pozostaje i  pomimo, iż jestem już w Polsce chce tam wrócić i odkryć to czego nie miałem jeszcze okazji zobaczyć.



3 thoughts on “Durban II”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *