Autor: Wencik

An Intercultural Creative District in Durban  | Międzykulturowa Dzielnica Kreatywna w Durbanie

An Intercultural Creative District in Durban | Międzykulturowa Dzielnica Kreatywna w Durbanie

When I returned to Poland after my my 4-month stay in South Africa within international student exchange programme ERASMUS I have started working on my masters diploma project. The work took more than 6 months to create an intercultural urban structure in a South African […]

Dubaj

Dubaj

Państwo zlokalizowane pomiędzy 3 kontynentami (Azją, Europą oraz Afryką) staje się kolejnym punktem na mojej mapie. Mowa oczywiście o Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Fakt o braku konieczności posiadania przeze mnie wizy był decydujący o zatrzymaniu się w ZEA, gdyż obywatele polscy mogą przebywać w tym kraju […]

Durban II

Durban II

Kontynuacja artykułu DURBAN I.

AFRYKAŃSKI VIBE

Durban jest bardzo różnorodny pod względem społeczeństwa, architektury czy tez stylu życia. Centrum miasta jest właśnie miejscem, gdzie można doświadczyć typowej Afryki. O tym, jak bardzo niebezpieczne jest miasto naczytałem się nie raz. Wydaje się, że to właśnie centrum miasta jest jedną z tych przestrzeni. Afrykańczycy są przede wszystkim głośni, lubią handel i nietuzinkowy styl życia.

Transport publiczny (jaki my znamy) w tym mieście nie istnieje. Istnieją natomiast „taxis”, które są swojego rodzaju pewnym elementem ich kultury. Moim zdaniem jest to rzecz, którą naprawdę warto zrobić będąc w RPA. Po wejściu do busa – kierowca odpala typowy afrykański bit (typu afrykańskie creepy techno). Emocje sięgają zenitu! Przy odrobinie szczęścia – siedząc w pierwszym rzędzie, będziecie uczestniczyć w rozliczaniu pasażerów za bilety z kierowcą w trakcie jazdy. Atmosfera w samochodzie jest niepowtarzalna – a lokalne społeczeństwo naprawdę doceni to, że białoskóra osoba korzysta z tego samego środka transportu co i oni. „Taxis” są super tanie i dają niezapomnianą dawkę adrenaliny. W centrum miasta bywałem niejednokrotnie, gdyż jeździłem tam do biblioteki. Znajduje się ona w ratuszu miejskim z 1910 roku, który jest „bratem bliźniakiem” ratusza miejskiego w Belfaście.

TARGOWISKA

Kolejnym elementem ich kultury jest właśnie handel. Stragany są praktycznie na każdej ulicy. Nawet w okolicach uczelni były stoiska, gdzie lokalne społeczeństwo codziennie sprzedawało pieczoną kukurydzę, mięso, kiełbasy, chipsy, słodycze czy nawet papieroski na sztuki.

Bywały targowiska, gdzie ludzie sprzedawali towary w cywilizowany sposób, ale bywały też miejsca, gdzie te towary były sprzedawane w bardziej „dziki” nieformalny sposób. Jednym z takich miejsc, gdzie doświadczymy nieformalnego handlu są okolice centralnego dworca kolejowego i część miasta nazywająca się Warwick. Pod nieukończonym wiaduktem oraz i na nim – można było zaopatrzyć się we wszystko. Wiadukt nie został ukończony, ponieważ inżynier, który zaprojektował sieć dróg tego węzła komunikacyjnego popełnił błąd (w RPA jest ruch lewostronny a projektant pochodził z Niemiec). Nie przeszkodziło to natomiast lokalnemu społeczeństwu w szybkiej adaptacji tego obiektu do prowadzenia sprzedaży towarów potrzebnych do „muti” (praktykowania wiary w czarną magię). Można tam kupić: suszone części ciał zwierząt, roślin itd. Odór, który unosił się w powietrzu był nie do wytrzymania. Inne ciekawe targowiska w mieście znajdywały się również w bliskiej lokalizacji centrum miasta, gdzie ja chodziłem na dredy. Przyznam się, że lokalni handlarze jak i ja – byli pod wrażeniem mojej odwagi. Niekoniecznie ten metalowy „shack” (barak) – był miejscem bezpiecznym dla „białego” polaczka, tym bardziej, że byłem tam kilkukrotnie sam.

 

Ogromnym zainteresowaniem społeczeństwa cieszą się markety, gdzie robiąc zakupy nie oczekuje się zbyt dużej dawki adrenaliny. Takim marketem może być zlokalizowany na przedmieściach Durbanu SHONGWENI FARMERS MARKET, który z pewnością spodoba się niejednemu turyście. Ciekawostką jest fakt, że to właśnie tego typu miejsca sprawiają, że społeczeństwo zaciera bariery rasowe, przebywając tam w celu „konsumpcji doświadczeń” – jedzenia, zakupów czy spotkań.

INDIE W AFRYCE

Durban jest nie tylko afrykański, europejski, ale jest również indyjski. W mieście możemy znaleźć wiele świątyń hinduskich, sklepów z indyjskimi przyprawami oraz restauracji. To właśnie tutaj zrodziło się danie zwane bunny-chow. Można go trochę porównać do polskiego żurku w chlebie, ale zamiast zupy, w pieczywie znajduje się curry z mięsem i warzywami, które są pikantne. Najlepszą knajpką serwująca w Durbanie to danie okazała się CANECUTTERS, ale ja również polecam indyjską restauracje THE LITTLE INDIA RESTAURANT.

Indyjskie wpływy widać w całym mieście, ale to ulica The Grey Street (aktualnie Denis Hurley Street) jako pierwsza została zaadoptowana przez azjatycką społeczność w Durbanie. Można ją porównać do znanego wszystkim Chinatown w Londynie. Ornamentyka, detale czy sam kształt budynków przypominają żywcem skopiowane budynki z Mumbaju. To na tej ulicy powstał największy na tej półkuli ziemskiej meczet Juma Mosque oraz unikalny VICTORIA MARKET, który działa do dzisiaj. Będąc tam na zakupach, czułem się bardzo nieswojo – kontrolując cały czas czy nadal mam telefon w kieszeni. Plusem w tym markecie są na pewno ceny. Nie skuszę się  jednak na stwierdzenie, że jest to miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć będąc w Durbanie.

SHANTY-TOWNY I TOWNSHIPY

Poprzez politykę apartheidu do 1994 roku miasto kształtuje się według ściśle ustanowionych zasad podziału, segregacji społecznej. Poza ścisłym centrum na obrzeżach miasta tworzą się struktury miejskie, które zamieszkuje najbiedniejsza część społeczeństwa. Mija 25 lat – a jednak nadal się nic nie zmieniło. Shanty-towny – czyli tak zwane slumsy. Jest to tkanka miasta, którą tworzą tak zwane „shacki” (budy) wykonane z materiałów tymczasowych. Metropolia Durbanu liczy ponad 3,4 miliona mieszkańców z czego 1,1 miliona żyje w skrajnie słych warunkach, nie mając dostępu do wody, kanalizacji czy prądu. Ja nie miałem okazji być osobiście w prawdziwych shanty-townach, gdyż wiąże się to po prostu z dużym niebezpieczeństwem. Miałem za to okazję być w town-shipach.

KWAMASHU

Jest to część miasta, gdzie mieszka czarnoskóre społeczeństwo i pomimo dostępu do wody, kanalizacji i prądu nadal jest marginesem społecznym. Przestrzenie są w dużej mierze niekontrolowane, brakuje w nich podstawowych usług czy planowania przestrzennego. W kilku przewodnikach przeczytałem, że town-shipy należą do niebezpiecznych. Ciężko mi się odnieść do tych informacji, gdyż byłem tam ze znajomymi. Odniosłem wrażenie, że ta społeczność jest bardzo pozytywna, miła i przyjazna. Sprawiali raczej wrażenie totalnie zaskoczonych i nie przygotowanych, aby mnie zaatakować. Pierwszy raz miałem okazje być tam jako turysta – totalnie odradzam tego typu zwiedzanie. Miałem wrażenie, że główną ideą przewodnika tej wycieczki było pokazanie bogatemu Europejczykowi: „jak bardzo biedni jesteśmy”.

Po mojej wizycie w town-shipie, poznałem Wandile, którego wpis na temat UBUNTU pojawił się już na blogu . To on pokazał mi prawdziwą część miasta, stworzoną przez czarnoskóre społeczeństwo i to on pokazał mi, że pomimo biedy – ci ludzie żyją w harmonii i są bardzo życzliwi dla innych. Moim punktem kulminacyjnym pobytu w KwaMashu – było uczestniczenie w mszy adwentystów dnia siódmego. Po kazaniu pastora wleciał gospel, ludzie zaczęli śpiewać i wielbić Pana. Następnie całe społeczeństwo spotkało się na wspólnym obiedzie przy kościele. Co mnie zaskoczyło – dla każdego był obiad. Cały urok tego miejsca polegał na tym, że ci ludzie się dzielą. Każdy przynosi coś do jedzenia (trochę mniej, trochę więcej), w zależności od sytuacji finansowej. Natomiast każdy po wspólnej modlitwie, otrzymuje ten sam posiłek. Podczas mojego pobytu tam, miałem okazję zwiedzenia kilku szkół, które z uwagi na to ze był weekend zmieniały funkcje (były kościołami). Każdy w KwaMashu był mną zaciekawiony, chciał abym zrobił mu zdjęcie – wymieniając się przy tym szczerym uśmiechem i szacunkiem. Byli w pewnym sensie mnie ciekawi, bo przecież przyleciałem z Polski i to ja dla nich byłem egzotyczny.

Jedną z mieszkanek takiego town-shipu była moja sprzątaczka Timbsi. Dlaczego miałem sprzątaczkę? W RPA jest taka niepisana zasada… Jeżeli ciebie stać – musisz dać zarobić innym. Z perspektywy czasu bardzo się cieszę, że ją miałem, ponieważ to ona opowiedziała mi wiele rzeczy na temat społeczeństwa i życia w tym państwie.

TO JAK TO W KOŃCU JEST?

Patrząc już z perspektywy czasu, bardzo się cieszę, że miałem okazję mieszkać właśnie w tym afrykańskim mieście. Miasto jest cholernie różnorodne. Jest całkowicie inne niż te, które my znamy. Posiada swój charakterystyczny styl i zasady, które na początku ciężko było mi zaakceptować, a co dopiero zrozumieć. W mieście jest bardzo dużo miejsc, gdzie lepiej nie pokazywać się z telefonem, aparatem czy portfelem „wypchanym sianem”. RPA nie należy do państw, gdzie normalną rzeczą jest chodzenie po zmierzchu ulicą. Ja takich sytuacji starałem się unikać, ale zdarzyło mi się nie raz wracać o zmroku do mojego domu.

Apartheid w powietrzuChciałbym powiedzieć, że to bullshit, ale nie powiem. Z moich obserwacji wygląda to tak, że białoskóre społeczeństwo podchodzi z ogromnym dystansem do innych, stając się swojego rodzaju trochę paranoikami. Hindusi się izolują i unikają wchodzenia w interakcję z innymi, żyjąc w swoich zamkniętych enklawach. Natomiast czarnoskóre społeczeństwo wydawało mi się najbardziej sympatyczne. Nie raz usłyszałem masę komplementów od pań ekspedientek. Sami czarnoskórzy żartują, że „osoba, która za tobą idzie wieczorem i nie jest biała prawdopodobnie ciebie zaatakuje – jest to znak, żeby uciekać”.

Podczas mojego czteromiesięcznego pobytu w Durbanie nie stałem się ofiarą żadnej niebezpiecznej sytuacji, nie mniej jednak byłem świadkiem jednego incydentu, gdzie została okradziona jedna dziewczyna. Pewnego dnia miałem też sytuacje, że idąc Złotą Milą odniosłem wrażenie że ktoś mnie śledzi. Poza tym słyszałem również o przypadkach, gdzie zaatakowano w samochodzie mężczyznę, raniąc go kilkukrotnie nożem czy również historie moich znajomych jak zostali kilkukrotnie okradzeni (nawet z butów:). Sytuacje, które miałem okazję usłyszeć sprawiły, że z większym dystansem, świadomością i obserwacją otoczenia – zwiedzałem i codziennie funkcjonowałem w afrykańskim mieście.

Durban można zwiedzić na dwa sposoby: poznać dogłębnie jego kulturę i styl życia lub można iść szablonowym, turystycznym szlakiem. Fascynacja afrykańską kulturą nadal pozostaje i  pomimo, iż jestem już w Polsce chce tam wrócić i odkryć to czego nie miałem jeszcze okazji zobaczyć.

Durban I

Durban I

Dlaczego pojechałem do RPA i dlaczego akurat do Durbanu? Fascynacja Afryką była od zawsze. Dla mnie jest ona nieoczywista, nieodkryta, niezrozumiała a nawet powiedziałbym, że abstrakcyjna. Kraj wbrew pozorom nie wydaje się być super zacofany, a językiem urzędowym jest język angielski. W marcu ubiegłego roku […]

Mahlabathini

Mahlabathini

Ostatni weekend w kraju zwanym Krainą Tęczy chciałem spędzić wraz z moimi przyjaciółmi, gdziekolwiek poza Durbanem. Początkowo, w planach miałem wielką podróż w północną część RPA: Kruger Park, Blyde River Canyon, Panorama Route itd… Później, bardzo chciałem pojechać na wybrzeże Sodwana Bay. Ostatecznie jednak, padło […]

Ubuntu

Ubuntu

Odstępstwem od idei mojego bloga, którego motywem przewodnim są miejsca czy miasta jest niniejszy artykuł, który dotyczy pewnej filozofii oraz społeczności, która pomaga innym. Ubuntu to zuluskie słowo, które oznacza „jestem, ponieważ ty jesteś”… Często też używane jest w bardziej filozoficznym sensie: ”wiary w uniwersalną więź dzielenia się, która łączy całą ludzkość”. Dlaczego o tym piszę i nagle poświęcam layout mojej strony czemuś, co wydaje się nie pasować do całej otoczki mojego bloga… Zacznę może od początku, aby wytłumaczyć wam całą historię mojego “ubuntu” i znaczenia jakiego ja się nauczyłem, kiedy mieszkałem w RPA.

Podczas mojego pobytu w Południowej Afryce miałem okazję poznać Wandile Mthiyane, który jest odpowiedzialny za założenie i powstanie UBUNTU DESIGN GROUP. Chłopak w moim wieku, który pochodzi z townshipu zwanego KwaMashu. Pięć lat temu dostał szansę studiowania architektury na amerykańskiej uczelni w Michigan – po czym wrócił do swojego rodzinnego miasta i teraz projektuje, tworzy, pomaga, daje szansę oraz nadzieję innym. Po prostu działa. W 2017 roku wraz z innymi osobami założył on organizację UDG, która pomaga najbiedniejszym mieszkańcom RPA. Grupa ta istnieje w celu rozwiązania problemów mieszkaniowych i finansowych społeczności o niskich dochodach. Ich misją jest umożliwienie rodzinom żyjącym w skrajnie złych warunkach, przezwyciężyć wyzwania społeczno-ekonomiczne. W tym celu stworzyli innowacyjny i oparty na współpracy z przyszłymi użytkownikami proces projektowania ich domu oraz model stworzenia nowych, zintegrowanych struktur lokalnych społeczności. Grupa projektowa swoimi staraniami pragnie stworzyć ducha wspólnoty mieszkańców, dając głos zubożałym społecznościom.

Ich głównym celem jest rozwiązanie problemów projektowych społeczności zamieszkujących shanty-towny. Proces projektowy opiera się głównie za wysłuchaniu czego dana społeczność chce i potrzebuje. Budują domy razem z przyszłymi użytkownikami w sposób, który odpowiada ich oczekiwaniom. Przy tworzeniu nowych obiektów, współpracują wraz z lokalnymi firmami oraz wykorzystują występujące w pobliżu materiały budowlane – jednocześnie napędzając regionalny rynek. Ich projekty umożliwiają rozwój w czasie, poprzez zapewnienie przestrzeni handlowej w nowo powstających obiektach mieszkaniowych. Najważniejszym jednak punktem w ich programie jest tworzenie holistycznej społeczności, a nie tylko zapewnieniu nowego domu. UBUNTU DESIGN GROUP poprzez swoją działalność pomaga najbardziej potrzebującym mieszkańcom Południowej Afryki, poprawiając ich warunki zamieszkania oraz dając im możliwość znalezienia pracy, rozwoju własnych, małych działalności gospodarczych, co w długotrwałym procesie znacząco będzie wpływać na polepszenie standardów życiowych społeczności.

Tylko w samej metropolii Durban liczba osób zamieszkująca nielegalnie przestrzenie miejskie wynosi ponad 1,1 miliona osób, natomiast populacja w Durbanie wynosi na chwilę obecną 3,4 miliona. Oznacza to więc, że co trzecia spotkana przeze mnie osoba w tym mieście, prawdopodobnie była dzikim lokatorem zamieszkującym shanty-towny – tak zwane slumsy. Powyższe statystyki skłoniły UDG do stworzenia pierwszego DOMU UBUNTU dla rodziny z niepełnosprawnością. Rodzina Mtshalu mieszkała w pożyczonym, jednopokojowym „shack’u”, gdyż w skutek burzy deszczowej straciła swój dom. Ze względu na wielkość i nieadekwatność ich warunków bytowych, rodzina zmuszona była zorganizować nowe miejsce zamieszkania dla syna, który przeprowadził się do ich krewnych. Zebranie oszczędności i wybudowanie przez nich nowego domu okazało się a wykonalne, ponieważ głowa rodziny boryka się z niepełnosprawnością. Brak domu, funduszy oraz jakiejkolwiek nadziei skłonił zespół Ubuntu do współpracy z rodziną Mtshali. Efektem okazał się nowy, bezpieczny oraz dostępny budynek jednorodzinny. Stworzyli oni dom przystosowany dla osoby z niepełnosprawnością, posiadający dwie sypialnie, kuchnię, łazienkę oraz przestrzeń handlową. Po wcześniej dokonanych rozmowach z przyszłymi użytkownikami, zapadła decyzja o zaprojektowaniu przestrzeni handlowej jako dziennego przedszkola. Dany projekt umożliwił rodzinie Mtshali podwojenie dochodów oraz podjęcia się pracy 12 matkom lokalnej społeczności, podczas gdy ich dzieci mają zapewnioną opiekę dzienną i edukację.

Ale to nie wszystko. Organizacja UBUNTU DESIGN GROUP aktualnie pracuje nad kolejnym domem UBUNTU dla rodziny Ngcobo, która również w wyniku burzy deszczowej straciła swój dom… Kolejny obiekt mieszkalny będzie zlokalizowany w miejscowości Umbumbulu, położonej około 45 minut od centrum Durbanu. Nowy projekt będzie przeznaczony dla sześcioosobowej rodziny, która składa się z: babci, jej córki i czwórki wnuków. Obiekt ten będzie hybrydą domu dla wspomnianej wyżej rodziny oraz będzie posiadał dodatkową przestrzeń handlową. Pozwoli to nowym użytkownikom na prowadzenie działalności gospodarczej poprzez założenie sklepu i sprzedaż świeżych produktów żywnościowych. Kolejny projekt pozwoli rodzinie Ngcobo być samowystarczalną.

Dlaczego o tym piszę? Mnie sama historia chłopaka z townshipu, który po studiach architektonicznych w USA, wraca do RPA w celu niesienia pomocy – strasznie urzekła. Strategia jaką stworzył to nie tylko budowa domów dla potrzebujących rodzin, to również zapewnienie możliwości prowadzenia działalności gospodarczej oraz napędzenie lokalnego rynku produktów. Całokształtem, program ten jest bardzo ciekawym przedsięwzięciem zmiany tkanki shanty-townów. Wandile i jego UBUNTU DESIGN GROUP wydaje się być świetną alternatywą zmian struktur miejskich polityki apartheidu. Jego program jest również dużo lepszą odpowiedzią na potrzebę budowy nowych miejsc zamieszkania dla najbiedniejszych mieszkańców RPA. W jednym z ostatnich postów GREYTOWN, opisałem inny rządowy program, budowy obiektów mieszkaniowych zwany RDP. Zachęcam do zapoznania się z danymi zagadnieniami, gdyż w łatwy sposób można zrozumieć to o czym pisze i to czym dla lokalnych społeczności jest program UDG.

Obecnie zespół poszukuje funduszy na zrealizowanie kolejnego projektu i pomocy rodzinie Ngcobo. Zachęcam wszystkich do wzięcia udziału w tej historii i przyłączenia się do misji UBUNTU. Wykorzystajmy architekturę jako narzędzie pobudzające kreatywność i stwarzające możliwości. Koszt budowy jednego obiektu wynosi 20 000 dolarów. W celu uzyskania większej ilości informacji prosimy o kontakt w języku polskim lub angielskim z Weroniką Dengą: weronika@ubuntudesigngroup.com lub ze mną.

Zbiórka pieniędzy jest prowadzona na stronie:

UBUNTU DESIGN GROUP w zakładce DONATE

lub bezpośrednio tutaj:

#BuyBrickBuildaHome Ngcobo Family

Zachęcamy również do publikacji powyższych dwóch broszur! W imieniu UDG oraz Wandile serdecznie dziękujemy za każde wsparcie!

fot. udostępnione przez Ubuntu oraz Wandile Mthiyane

Pretoria

Pretoria

Mój pobyt w jednej z trzech stolic Republiki Południowej Afryki nie należał do zbyt długich. 5 Listopada byłem w Pretorii dosłownie kilka godzin. Nie zmienia to jednak faktu, iż to miasto wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Plusem, który o tym zadecydował był na pewno […]

Greytown

Greytown

Dokładnie miesiąc temu otrzymałem propozycję spędzenia weekendu w rodzinnym mieście właścicieli od których wynajmuję mieszkanie. Greytown jest oddalone 150 kilometrów od Durbanu. Miasto, które zostało założone w 1848 roku, niestety nie oferuje zbyt wielu ciekawych atrakcji dla turystów. Jego liczba mieszkańców wynosi około 10 tysięcy, […]

Simonstad / Półwysep Przylądkowy / Hermanus / Helderberg Rural

Simonstad / Półwysep Przylądkowy / Hermanus / Helderberg Rural

Kapsztad to nie tylko atrakcje znajdujące się w samym mieście, ale również te zlokalizowane w bliskim sąsiedztwie. W czasie mojego 8 dniowego pobytu w Cape, udałem się wraz z moimi znajomymi do kilku innych miejscowości. Naszym pierwszym kierunkiem było miasto Simonstad zlokalizowane 45 kilometrów od naszego miejsca zakwaterowania. Dotarliśmy tam wypożyczonym przez nas samochodem. Główną atrakcją w tej miejscowości jest plaża Boulders Beach, ale nie dlatego, że jest super-mega piękna, ale dlatego, że zamieszkują ją pingwiny przylądkowe! Niestety, wtorkowa pogoda nie należała do udanych. Cały dzień padało, było wietrznie i ponuro. Nie mniej jednak, udało nam się zobaczyć dużą ilość pingwinów zamieszkujących ten obszar. Wiele osób jest zdziwionych że w Afryce żyją pingwiny, przecież kojarzą się one z Antarktydą. Warto zaznaczyć, że ten obszar nie jest jedynym na świecie, gdzie żyją pingwiny w ciepłych krajach. Sam teren jest ogrodzony a lokalne władze opiekują się tymi zwierzętami. W celu dostania się na plażę z pingwinami, trzeba było uiścić opłatę za wstęp. My zrezygnowaliśmy z tego pomysłu, gdyż wstęp nie należał do najtańszych, a i pogoda nie była zbyt przyjemna na spacer po plaży.

Tego samego dnia postanowiliśmy również zwiedzić Półwysep Przylądkowy, gdyż znajdują się na nim dwie latarnie morskie, ale nie one stanowiły o wyjątkowości tego miejsca. Na tym półwyspie jest zlokalizowany Przylądek Dobrej Nadziei oraz Cape Point. Pierwszy z nich został odkryty w 1488 roku przez mojego imiennika Bartolomeu’a Dias. Pierwotnie był on uważany za miejsce rozgraniczenia Oceanu Atlantyckiego i Indyjskiego, obecnie za to miejsce jest przyjmowany Przylądek Igielny. Wjazd na teren Półwyspu Przylądkowego był płatny, gdyż obszar ten należny do narodowego parku Table Mountain. Czy było warto? Ocenę pozostawiam już wam, gdyż na mnie i moich znajomych to miejsce nie zrobiło wielkiego “wow”. Myślę, że w dużej mierze jest to spowodowane tym, iż miasto Kapsztad oferuje tyle bezkonkurencyjnych atrakcji, że cokolwiek innego wypada na jego tle blado. 🤔 Kiedy udało mi się dotrzeć na Cape Point dostrzegłem na murze pawiana, który delektował się wcześniej otrzymanym ciastkiem od innych turystów. I tutaj chciałbym was przestrzec przed takimi lekkomyślnymi pomysłami. Pawiany są bardzo agresywne w szczególności kiedy w grę wchodzi jedzenie! Po kilku minutach w tym miejscu, nagle moim oczom ukazało się kilka naprawdę sporych rozmiarów pawianów. Okazało się bowiem, że wyczuły jedzenie i ruszyły w pogoni za nami, czyli turystami. W obawie przed jakimkolwiek agresywnym zachowaniem z ich strony, postanowiłem wrócić do położonej na tym obszarze restauracji. Niestety – owe zwierzaki wyruszyły za nami aż do tego miejsca. Nie ukrywam, że cała sytuacja nie należała do zbyt komfortowych, lecz ostatecznie nie doszło do jakiegokolwiek niebezpiecznego zachowania z ich strony.

Kolejnego dnia naszym kierunkiem zwiedzania była miejscowość Hermanus. Miasto to jest zlokalizowane 120 kilometrów od stolicy państwa, a jego główną atrakcją jest możliwość obserwowania wielorybów! Mam ogromne szczęście, że przebywam w Republice Południowej Afryki w tym okresie roku, gdyż szansa na obserwowanie największych ryb na świecie jest możliwa tylko w okresie zimy/wiosny. Nasz pobyt w Hermanus rozpoczęliśmy obiadem i kawą wraz ze znajomymi Sabriny, którzy na co dzień mieszkają w Johannesburgu. Miejscem naszego spotkania okazała się restauracja Bientang’s Cave Restaurant & Wine Bar, która jest wbudowana w naturalną jaskinię oraz na zboczach skał, co gwarantuje delektowanie się zamówionym posiłkiem, jednocześnie zachwycając się fenomenalną panoramą na Ocean Atlantycki z możliwością obserwowania wielorybów.

Po mile spędzonym popołudniu, pojechaliśmy do miejsca, oddalonego około 1 km od tej restauracji w celu obserwowania tych niesamowitych zwierząt. Przyznam się szczerze, że na początku byłem sceptycznie nastawiony do spędzenia tego dnia w tej miejscowości, gdyż uważałem, że ta atrakcja będzie należała do niezbyt ciekawych. Nic bardziej mylnego! Był to jeden z najpiękniejszych momentów w moim życiu! Kiedy siedziałem na zboczu urwiska skał i obserwowałem wieloryby miałem wrażenie, że czas się zatrzymał. Piękne wspomnienie, piękne chwile. Zdecydowanie jest to rzecz, którą polecam każdemu, aby zrealizował. Oczywiście RPA nie byłoby sobą, gdyby tego dnia na niebie po raz kolejny pojawiła się tęcza! Tak, tak kraj ten jest znany również pod nazwą kraina tęczy – to prawda! 😳

Czwartkowy dzień postanowiliśmy spędzić, zwiedzając przy okoliczne winiarnie. RPA słynie z produkcji jednych z najlepszych win na świecie. Naszym pierwszym przystankiem była winiarnia zlokalizowana w miejscowości Helderberg Rural. Waterford Estate oferuje turystom degustację kilkunastu rodzajów win. Ja skusiłem się na degustacje ich win wraz z czekoladami. Największe zaskoczenie zrobiła na mnie degustacja czerwonego wina wraz z czekoladą z solą. Niepowtarzalne połączenie smaków! Kolejnym naszym przystankiem tego dnia była winiarnia Lourensford, zlokalizowana na obrzeżach Kapsztadu. W kolejnym miejscu, również skusiłem się na degustację win wraz z czekoladami, gdyż nie ukrywam, że uwielbiam słodycze! 🤗

Umbumbulu

Umbumbulu

Dzisiejszy temat wpisu będzie spokojniejszy i zdecydowanie mniej obszerny niż ostatnio, gdyż będzie dotyczył głównie tylko jednej atrakcji, którą udało mi się zobaczyć 3 tygodnie temu. Post dotyczy mojego pierwszego wyjazdu na SAFARI! Takie niespełnione jeszcze dotąd, dziecięce marzenie o zobaczeniu dzikich zwierząt w ich […]