Autor: Wencik

Simonstad / Półwysep Przylądkowy / Hermanus / Helderberg Rural

Simonstad / Półwysep Przylądkowy / Hermanus / Helderberg Rural

Kapsztad to nie tylko atrakcje znajdujące się w samym mieście, ale również te zlokalizowane w bliskim sąsiedztwie. W czasie mojego 8 dniowego pobytu w Cape, udałem się wraz z moimi znajomymi do kilku innych miejscowości. Naszym pierwszym kierunkiem było miasto Simonstad zlokalizowane 45 kilometrów od […]

Umbumbulu

Umbumbulu

Dzisiejszy temat wpisu będzie spokojniejszy i zdecydowanie mniej obszerny niż ostatnio, gdyż będzie dotyczył głównie tylko jednej atrakcji, którą udało mi się zobaczyć 3 tygodnie temu. Post dotyczy mojego pierwszego wyjazdu na SAFARI! Takie niespełnione jeszcze dotąd, dziecięce marzenie o zobaczeniu dzikich zwierząt w ich […]

Kapsztad

Kapsztad

Nadszedł ten czas, aby podzielić się z Wami miejscem, które od bardzo, bardzo dawna było moim wymarzonym punktem na mapie świata – Kapsztad! Miasto oddalone od Durbanu 1500 kilometrów jest jedną z 3 stolic Republiki Południowej Afryki. Udałem się do tej miejscowości pod koniec września wraz z moimi niedawno poznanymi znajomymi z Niemiec. Kapsztad nie zawiódł mnie niczym. Od samego wylądowania na lotnisku byłem podekscytowany, że w końcu tutaj jestem! Tak długo wyczekiwane marzenie, które w końcu się spełnia! Po prostu czad! Miasto oferuje zwiedzającym szeroki wachlarz atrakcji, spędziliśmy tam 8 cudownych dni, zwiedziliśmy naprawdę bardzo dużą część miasta i okolic – a i tak muszę przyznać, że nie zwiedziliśmy wszystkiego.. chociażby wszystkich otaczających miasto winiarni! 😄

Zacznę może od tego, że post podzieliłem na dwie części, gdyż mam masę zdjęć, które chciałbym opublikować. Pierwszy wpis jest na temat samego miasta, kolejny będzie na temat okolicznych atrakcji, które udało nam się zwiedzić. Z racji iż wylądowaliśmy późnym wieczorem 20 września w Kapsztadzie tego też dnia nie zwiedziliśmy nic. Przelotu z Durbanu dokonaliśmy krajową linią lotniczą Mango, a nasze mieszkanie zarezerwowaliśmy w bardzo korzystnej cenie przez Airbnb. Kolejnego dnia zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od fenomenalnego V&A Waterfrontu. Obecne serce miasta oferuje zwiedzającym dużą liczbę atrakcji, a atmosfera tego miejsca jest wręcz niedopisania. Ludzie tutaj są szczęśliwi, wolni. Każda osoba, którą spotkałem w tym mieście powtarzała mi, że mam wykorzystać ten czas na maxa i nie mam się martwić niczym, bo to Cape – miasto wolnych ludzi. I tak, to prawda – miasto jest wolne od zmartwień. Chociażby z pozoru… 😌 Po przespacerowaniu się nabrzeżem, kolejnym naszym kierunkiem było oceanarium Two Oceans Aquarium, które może i nie należy do jednych z największych na świecie, ale jego projekt wnętrza należy do jednych z najlepiej zaprojektowanych jakie miałem okazję zobaczyć w życiu.

Jedno z powyższych zdjęć (przedostatnie) przedstawia jajo rekina, w którym znajdował się zarodek tego gatunku ryby. Po wizycie w oceanarium postanowiliśmy jeszcze raz przespacerować się Waterfrontem i udać się do centrum handlowego Victoria & Alfred Waterfront. Po drodze spotkaliśmy licznych artystów ulicznych, którzy śpiewem i tańcem umilali czas zwiedzającym. Po powrocie do naszego domu i krótkim odpoczynku, wieczorem – ruszyliśmy na miasto! Naszym miejscem kulminacyjnym tego dnia okazał się lokal YOURS TRULY, który był rekomendowany przez wszystkich moich znajomych jako świetne miejsce na spędzenie wieczoru w Cape.

Sobotni poranek w Kapsztadzie rozpoczęliśmy od spędzenia czasu w hipsterskim markecie The Old Biscuit Mill, który jest zlokalizowany w dzielnicy Woodstock. Market ten nie był moim pierwszym jaki miałem okazję zwiedzić w tym kraju. Po wizycie w tym miejscu, jedno jest pewne – Południowoafrykańczycy uwielbiają handel w każdej formie! W przestrzeni marketu można było zaopatrzyć się w unikalne przedmioty, ciuchy, akcesoria zaprojektowane i wykonane przez mniej lub bardziej znanych projektantów. Na terenie całego obszaru znajdował się jeden namiot, który był przeznaczony jedynie do handlu gastronomią. W jego też bliskim otoczeniu znajdowało się miejsce przeznaczone dla artystów, którzy umilali czas klientom, przygrywając chillout’owe kawałki.

Po małym shoppingu, naszym kolejnym kierunkiem tego dnia był niesamowity – i chyba najbardziej przeze mnie wyczekiwany obszar w tym mieście – Bo Kaap! Pierwsze małe, parterowe domy zostały wybudowane w 1763 roku dla niewolników sprowadzanych z Malezji, Indonezji czy innych regionów Afryki, gdyż rdzenni mieszkańcy oparli się rządom holenderskich kolonistów. Nowa społeczność na tym obszarze była głównie wiary muzułmańskiej, a na terenie tego obszaru występuje kilka meczetów – w tym jeden seledynowy. ☺️ Jaskrawo zabarwione fasady przypisuje się nowym właścicielom domów jako wyraz wolności, gdyż wszystkie domy były pomalowane na biało w czasie dzierżawy niewolnikom.

 

Czas na Park i Muzeum! Kolejnym naszym przystankiem był przepiękny park miejski The Company’s Garden, gdzie spędziliśmy czas odpoczywając i karmiąc zwierzaki zakupionymi przez nas orzechami. Niestety – kolejny raz pomimo moich szczerych chęci nie widziałem nigdzie małpek. Podobno są wszędzie, ale ja najwyraźniej mam pecha, aby je spotkać. Ostatnim już przystankiem tego dnia było muzeum “South African National Gallery”, które pomimo bardzo niskiej ceny i tak odradzam. 😬

Kolejny dzień w tym pięknym mieście rozpoczęliśmy wizytą dzielnicy St James, gdzie wraz z kolegą miałem okazję surfować! False Bay, która jest otoczona Półwyspem Przylądkowym zapewniła nam idealne fale. Od samego początku udawało nam się łapać niezliczone ilości fal. Zdecydowanie było to jedno z najpiękniejszych przeżyć w moim życiu, które będę wspominał do końca mojego życia! 😉 Samo miejsce urzeka krajobrazem. Na terenie plaży znajduje się kilkanaście kolorowych, drewnianych domków, które sprawiły, że obszar ten był jeszcze bardziej magiczny o bardzo wysokich walorach turystycznych.

Po świetnie wykorzystanym poranku naszym kolejnym punktem na mapie było spędzenie czasu na Clifton Beach. Na trasie do wcześniej wspomnianego miejsca zauważyliśmy też świetny punkt widokowy, gdzie zatrzymaliśmy się na krótką chwilę w celu podziwiania panoramy miasta.

Naszym ostatnim punktem tego dnia miała być wycieczka na wyspę zamieszkaną przez foki. Niestety, nie udało nam się tego zrealizować, gdyż tego dnia ocean nie należał do zbyt spokojnych i w obawie przed zbyt dużymi falami, wszystkie kursy wykonywane łodziami na tą wyspę były odwołane. Myślę, że jest to po prostu pretekst, aby kiedyś wrócić do tego miasta i zrealizować tą wycieczkę innym razem! 😁

Na nasze nieszczęście okazało się, że w bliskim sąsiedztwie miejsca, z którego organizowano wycieczki na Wyspę Fok jest zlokalizowany kolejny market – Bay Harbour Market, gdzie tak jak we wspominanym wcześniej innym markecie w dzielnicy Woodstock – odbywa się handel unikatowymi przedmiotami, zaprojektowanymi przez licznych projektantów. W tym też miejscu, spędziliśmy nasze popołudnie, delektując się świetnie przyrządzonymi owocami morza. Nasz wieczór spędziliśmy na najpiękniejszej plaży w Kapsztadzie – Camps Bay, gdzie podziwialiśmy zachodzące słońce. Po powrocie do domu, tego niedzielnego wieczoru zdecydowaliśmy się wyjechać “na miasto” – a konkretniej na Long Street do pubu zwanego Beer House. Samą ulicę mogę z czystym sercem polecić jako miejsce, zaopatrzone w niezliczoną ilość lokali i miejsc do spędzenia wolnego wieczoru. Pub, w którym mieliśmy okazję spędzić czas, zaskakiwał nawet mnie kreatywnością projektanta wnętrza. Sam budynek został wybudowany w czasach kolonialnych – posiada charakterystyczne dla tego czasu balkony o bogatej ornamentyce. Obecnie obiekt jest przemalowany na jaskrawy żółty – tworząc ciekawy zabieg stylistyczny.

Poniedziałkowy poranek rozpoczęliśmy od podróży na Górę Stołową, gdzie aby dostać się na szczyt skorzystaliśmy z kolejki linowej. Niestety, tego też dnia w RPA było święto narodowe – Dzień Dziedzictwa Kulturowego, co było przyczyną długiego oczekiwania w celu skorzystania z atrakcji, gdyż nie tylko nasz trójka chciała dostać się na szczyt korzystając z tego przejazdu. Sama góra należy do części Parku Narodowego Cape Peninsula i w 2004 roku park ten został wpisany na światową listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Nie mam pojęcia, który to już zabytek jaki miałem okazję zwiedzić, ale w przyszłości postaram się wykonać małe zestawienie tych atrakcji. 😊

 

Po dotarciu na miejsce moim oczom ukazał się jeden z najpiękniejszych widoków jakie miałem okazję zobaczyć w życiu. Niebo było praktycznie bezchmurne, co umożliwiło nam napawać się spektakularną panoramą roztaczającą się na Kapsztad oraz Ocean Atlantycki. Część Parku Peninsula, którą miałem okazję zobaczyć zrobiła na mnie bezkonkurencyjne wrażenie. Uważam jednak, że to panorama na miasto i ocean wywarły na mnie owe wrażenia. Na szczycie góry spędziliśmy około 3 godzin, spacerując i nasycając się otaczającym nas pejzażem.

Po zjeździe z Góry Stołowej kolejką linową, postanowiłem się rozłączyć z moimi znajomymi, gdyż pragnąłem tego samego dnia zwiedzić Muzeum Współczesnej Afrykańskiej Sztuki Zetiz MOCAA, które jest największym muzeum na świecie z współczesną sztuką afrykańską. Natomiast moi znajomi, postanowili tego popołudnia wspiąć się jeszcze na szczyt Lion’s Head. Moją decyzję o rezygnacji z wspinaczki podjąłem silnymi argumentami, gdyż nasz plan zwiedzania miasta był bardzo napięty praktycznie do ostatniego dnia. Drugim moim argumentem okazał się ukryty w głębi duszy Januszek, gdyż tego dnia wstęp do muzeum z racji narodowego święta – był darmowy. 😆 Wystawa zlokalizowana jest w przeprojektowanym silosie wybudowanym w 1921 roku na obszarze V&A Waterfront. Projekt przebudowy oryginalnego obiektu namieszał sporo w środowisku architektury. I słusznie. Idea została zaprojektowana przez Heatherwick Studio. W ramach przebudowy obiektu wyrzeźbiono w 42 gęsto upakowanych betonowych cylindrach, duże otwarte przestrzenie nadając “katedralne” wnętrze budynkowi. Kolejną zmianą w kubaturze obiektu było dodanie poduszkowych paneli szklanych w górnych piętrach budynku. Muszę przyznać, że efekt końcowy jest piorunujący!

Kiedy w końcu udało mi się dotrzeć do wnętrza obiektu, moim oczom ukazał się zawieszony w powietrzu smok wykonany z plastikowych materiałów na tle wręcz “gotyckiego” charakteru wnętrza. W moich uszach rozbrzmiały afrykańskie bębny i przyśpiewy, coś w rodzaju muzyki creepy. Od samego początku muzeum to stara się tworzyć niepowtarzalne emocje, angażując przy tym spektrum wszystkich zmysłów. A wystawa? Była imponująca! Podobała mi się. Była czymś co totalnie czuje w Afryce – czymś kolorowym, nieokreślonym, niezrozumiałym a pociągającym. Z czystym sercem polecam to miejsce!

 

Kolejne 3 dni spędziliśmy na zwiedzaniu innych atrakcji zlokalizowanych poza miastem Kapsztad. Atrakcje te i moje przeżycia opisze w kolejnym poście, ale zanim to nastąpi – chciałbym jeszcze wrócić po raz kolejny do Cape. Ostatniego dnia, którym był piątek postanowiliśmy zwiedzić pozostałe, nieodkryte przez nas miejsca w mieście. Nasz samolot powrotny do Durbanu był o godzinie 21, dlatego też, zyskaliśmy dzięki temu kolejny, dodatkowy dzień na zwiedzanie. Wczesnym porankiem udało mi się przekonać moich towarzyszy, aby zobaczyć jeszcze historycznie wykształcone centrum miasta, zlokalizowane pomiędzy Ratuszem, który został wybudowany w 1905 roku a fortyfikacją zwaną Zamkiem Dobrej Nadziei, która uchodzi za najstarszy zachowany budynek kolonialny z 1666 roku.

Ostatniego też dnia udaliśmy się po raz kolejny przespacerować się Waterfrontem, aby następnie zwiedzić kolejne muzeum zlokalizowane na Robben Island. Muzeum to jest niczym innym jak wyspą, na której jest zlokalizowane więzienie, gdzie swojego czasu odsiadywał tu wyrok dożywotniego więzienia, pierwszy czarnoskóry prezydent RPA – Nelson Mandela. Ponadto, na wyspie utworzono rezerwat przyrody dla ochrony pingwinów i innych gatunków ptaków. W 1999 roku obszar ten został wpisany na światową listę dziedzictwa UNESCO. Aby dostać się na wyspę wykupiliśmy bilety do muzeum, które zawierały również cenę za przepłynięcie statkiem wycieczkowym do docelowego punktu. Co mogę dodać na temat tej części mojej wycieczki? Cena biletu była nieadekwatna do oferowanej atrakcji turystycznej. Poza tym, iż z wyspy rozprzestrzeniał się świetny widok na miasto Wyspa oferowała zwiedzenie tylko obiektów kompleksu więziennego w tym celi, gdzie odsiadywał swój wyrok przyszły prezydent RPA. Po powrocie z wyspy, udałem się wraz z Sabriną i Ottem na lotnisko w celu powrotu do mojego miasta. Ostatnią rzeczą, którą chciałbym dodawać do wpisu, rzeczy o której nie powiedzą wam w przewodnikach są shanty-town, z którymi również i Kapsztad się zmaga. Co mam na myśli pisząc shanty-town? Są to obszary w mieście, zazwyczaj na przedmieściach, gdzie występuje nielegalne osadnictwo. Budynki na tych obszarach są wykonane z najtańszych, łatwo dostępnych materiałów (mam na myśli blachę dachową, płyty itd). Nie posiadam zbyt wielu zdjęć z tych terenów, gdyż były one zlokalizowane na obrzeżach miasta przy trasach szybkiego ruchu, gdzie miałem okazję obserwować owe zjawisko z pozycji pasażera. Innym powodem jest fakt, że shanty-town’y są po prostu niebezpieczne – i “białas” z Polski nie byłby mile widzianą osobą w tym miejscu. “W Kapsztadzie ludzie są wolni”…

 

Bergville

Bergville

Wracam po długim czasie do pisania. Dużo się ostatnio u mnie dzieje. Studiuję, podróżuję, surfuję i korzystam z uroków mieszkania w Republice Południowej Afryki. Zanim jednak opiszę moje niedawne podróże, chciałbym zaktualizować stronę o post na temat Gór Smoczych. Wyprawa ta była kontynuacją weekendowego pobytu […]

Moteng

Moteng

W drugi weekend września wraz ze studentami z Niemiec wyruszyliśmy w podróż w celu spędzenia kilku dni w Górach Smoczych. W czwartkowy wieczór dotarliśmy wynajętym przez nas samochodem do naszego zakwaterowania. Noclegi zarezerwowaliśmy w Amphitheatre Backpackers Lodge. Z racji iż szlak górski, the Amphitheatre, który […]

Coffee Bay

Coffee Bay

Czas na kolejną podróż! 9 sierpnia wraz z grupą studentów z Francji i Niemiec udaliśmy się na 4 dniową wycieczkę do miejscowości Coffee Bay. Chcąc dotrzeć do tego miasteczka wynajęliśmy samochody i pokonaliśmy ponad 500 km. Trasa zajęła nam ponad 9 godzin, a w trakcie jej przejeżdżaliśmy niejednokrotnie przez afrykańskie miasta, dzięki czemu mogłem zaobserwować styl życia mieszkańców RPA. Co ciekawe, praktycznie w każdej większej miejscowości to właśnie stacje paliw były “centrum miasta” i na ich obszarze toczyło się lokalne życie, szaleństwo! Aczkolwiek rdzenni mieszkańcy właśnie w taki sposób tutaj żyją – uwielbiają hałas, czyli targowiska, markety i tym podobne przestrzenie. Nie posiadam niestety żadnych zdjęć z trasy, gdyż dane zjawiska mogłem obserwować z pozycji pasażera, a przejeżdżając przez centra miast, dla własnego bezpieczeństwa blokowaliśmy drzwi w samochodzie. Nasze zakwaterowanie zarezerwowaliśmy w Coffe Sack, które mogę zarekomendować jako bezpieczne i świetnie zlokalizowane o niepowtarzalnym charakterze. Kompleks małych obiektów, który został w dużej mierze stworzony przez lokalnych mieszkańców i surferów, oferuje zorganizowane atrakcje dla turystów. Na terenie naszego zakwaterowania panowały zasady, których nie można było łamać, jak na przykład fakt, że alkohole pijemy tylko w lewej ręce! Za nieprzestrzeganie tych reguł trzeba było “za karę” wyzerować zakupiony trunek. Pomijam już fakt, jak kończyły się moje wieczory przez te zasady.. ? Po dotarciu na miejsce, moim oczom ukazał się widok jak na zdjęciach zamieszczonych powyżej. Pogoda nie rozpieszczała tego dnia, natomiast te widoki zrekompensowały nam wszystko! Pierwszego dnia nie posiadaliśmy zbyt dużo czasu na zorganizowanie sobie tego wieczoru, gdyż na miejscu byliśmy około godziny 16, a więc wpadliśmy na pomysł żeby wykąpać się w oceanie! Z racji, że obecnie panuje tutaj zima, woda nie była zbyt ciepła, natomiast i tak uważam, że była lepsza jak w naszym Bałtyku.?

Kolejnego dnia, po przebudzeniu wyjątkowo świeciło słońce. Dlaczego wyjątkowo? Gdyż były to moje urodziny, a każdego roku w ten dzień pada deszcz.. ? Niestety, nawet tutaj, nawet w Afryce – pogoda mnie zaskoczyła. W ciągu dnia było bardzo wietrznie,  natomiast wieczorem, och! Był sztorm! Niepowtarzalne urodziny! Niemniej jednak, nie popsuło mi to zbytnio dnia. Po śniadaniu udaliśmy się wraz z lokalnym mieszkańcem do centrum miejscowości, aby dowiedzieć się czegoś więcej o regionie. Naszym przewodnikiem był nasz barista, który jak większość osób zamieszkujących ten teren, pochodził z ludu Xhosa. Jego oryginalnym językiem jest język xhosa, a ludzie posługujący się nim w trakcie wymowy niektórych słów, muszą użyć tak zwanych “kliknięć”. Przykładowo samo słowo xhosa powinno się wypowiedzieć z tym kliknięciem, gdyż “x” właśnie to oznacza. Żeby było śmieszniej, w tym dialekcie używa się około 4-6 rodzajów kliknięć. A oto przykładowa wypowiedź w języku xhosa.

Po dotarciu do miejscowości, nasz przewodnik zabrał nas do budynku, w którym zlokalizowane było pomieszczenie dla szamana. Okazało się, że tutejszym szaman była kobieta, która posługiwała się wyłącznie regionalnym dialektem. Po wejściu do pomieszczenia, na co odważyłem się tylko ja i 3 inne osoby – szamanka rozpaliła małe ognisko w naczyniu, które przypominało garnuszek i zamknęła drzwi. Po chwili, w totalnie ciemnym pomieszczeniu zrobił się smog. W trakcie rozmowy, którą tłumaczył nam nasz przewodnik, jeden z uczestników zakupił coś w rodzaju popiołu zwanego “muti”. Po jego spożyciu i wykonaniu gestu prawą ręką za siebie, można było odpędzić złe duchy. Para studentów z Niemiec, zdecydowała się na zakupienie wróżby i przepowiedni u tej kobiety. Natomiast ja do samego końca nie byłem pewien, czy chce korzystać z jakichkolwiek usług spirytystycznych. Ostatecznie jednak, podjąłem decyzję, że może się to okazać niesamowitym doświadczeniem dla mnie, a kolejnym argumentem było to, że przecież są moje urodziny, a więc warto zrobić coś czego się nigdy wcześniej nie robiło! Po opłaceniu przeze mnie wróżby, szamanka rozpaliła po raz kolejny zioła w garnuszku i wdychając dym, zaczęła wypowiadać zdania w ich tradycyjnym języku. Jej monolog przypominał jednak bardziej melodię niż dialekt. W pierwszej fazie przedstawiła moją osobę duchom. Kolejną częścią była jej prośba do nich o pomyślność dla mnie. Ostatnią fazą była już przepowiednia. Nie będę jednak rozpisywał się co konkretnie wypowiedziała szamanka, gdyż jej modły/przepowiednie trwały niecałe 20 minut. W skrócie mogę powiedzieć, że nie zaskoczyła mnie żadnym faktem z mojego życia. Chociaż by takim, że mam urodziny, co byłoby przecież żadnym wyzwaniem dla obdarzonego silną mocą szamana. Nie mniej jednak, życzyła mi dobrze. Potwierdziła takie fakty, chociażby jaką jestem osobą. Powiedziała też, że nie ważne, gdzie będę, zawsze będzie ze mną mój duch (coś jak stróż), że nie spotkają mnie nigdy złe sytuacje, gdyż ten duch jest bardzo silnym moim osobistym patronem… Ciężko mi się wypowiedzieć, co uważam na temat tego obrzędu spirytystycznego. Spodziewałem się, czegoś co mnie zaskoczy – natomiast nie miało to jednak miejsca. Osobiście, bardzo się cieszę z tego faktu, iż to zrobiłem, bo przecież nie na co dzień, każdy z nas ma taką okazję! Doświadczenie, które niejednokrotnie oglądałem w telewizji, nagle stało się czymś co zrealizowałem! Na pewno będę wspominał to jako wydarzenie, które było niepowtarzalne, a sam duch tego miejsca i klimat – jest niedopisania!

 

Późnym popołudniem wróciliśmy do naszego hostelu. Z racji, iż pogoda tego dnia była fatalna (z uwagi na zbliżający się wieczorny sztorm) postanowiliśmy wyskoczyć wieczorem do lokalnej restauracji serwującej owoce morza. Miejsce poleciał nam George, czyli lokalny artysta, wykonujący metodą naturalną (drewnianymi patykami) tatuaże. Zarekomendował to miejsce na zasadzie: “o tak, owoce morza – to koniecznie musicie zjeść w White Clay – ale koniecznie! Są najlepsze!” I były. Nie do końca jednak ufałem jego osobie, gdyż chwilę wcześniej proponował nam zrobienie tatuażu. Przyznam się szczerze, że przeszło mi to przez myśl, aby faktycznie zaserwować sobie kolejną dziarę na moje urodziny – i to jeszcze w tradycyjny sposób. Nie mniej jednak, w szybki sposób przekalkulowałem, że tatuaż w Afryce w niesterylnym miejscu równa się AIDS. Wieczór spędziliśmy właśnie w tej restauracji, a zbliżający się sztorm, który miał swoją kulminację w godzinach wieczornych pozbawił całą miejscowość prądu. Oczywiście – stało się to w momencie, kiedy czekaliśmy na nasze jedzenie, a grupa studentów w totalnej ciemni, zaczęła śpiewać “happy birthday to you!”, co też szybko podłapali inni klienci lokalu. Po kolacji, wróciliśmy do naszej okrągłej chatki udając się bezpośrednio do baru. Wieczór spędziliśmy z innymi turystami, zatrzymującymi się w tym miejscu. Przed wybiciem północy udałem się wraz z francuzami na plażę, a w drodze powrotnej zahaczyliśmy o inny bar, gdzie okazało się, że szukali DJ’a. Zgłosiłem się na chętnego. Miejscowi, zaciekawieni jaką muzykę zagra “biały”, totalnie nie spodziewali się, że usłyszą ich aktualny hit, nagrany w języku zulu. Lokal oszalał, a ja przez najbliższą godzinę bawiłem się w wodzireja i patrząc na to, iż niektórzy tańczyli na barze – byłem w tym dobry! ?

Sobotniego ranka, wraz z grupą studentów oraz innych turystów udaliśmy się na wędrówkę przez wzgórza Coffee Bay. Kolejny dzień, w tym przepięknym miejscu należał do na prawdę udanych. Pogoda od samego rana nas rozpieszczała, ja natomiast po 10 minutowej wędrówce zdałem sobie sprawę, że przecież mam lęk wysokości – i przyznam się, że 9 kilometrowa trasa nie należała do łatwych. Wręcz przeciwnie, niejednokrotnie chciałem zawrócić, lecz uparcie dopiąłem swego i udało mi się pokonać cały szlak. Podczas wędrówki, kilkukrotnie widzieliśmy delfiny, pływające w oceanie! Nazwa samej miejscowości, prawdopodobnie wywodzi się od tego, że wrak statku stracił w pobliżu zatoki swój ładunek, czyli ziarna kawy. Architekturę miasteczka w dużej mierze tworzą zespoły małych obiektów mieszkalnych – a jeden z nich w tym kompleksie jest zawsze okrągły, przekryty strzechą. Wewnątrz tego budynku znajduje się przeważnie kuchnia lub tak zwany salon.

Celem naszej wędrówki było miejsce zwane “Hole in the Wall”, czyli jedno z najsłynniejszych widoków RPA. Kilka lat temu, oglądając jeden z filmów o tematyce surfingu, miałem okazję zobaczyć pierwszy raz to miejsce. Kurcze, pomyślałem sobie wtedy, że kiedyś tam pojadę.. I co? Zrealizowałem to jakże “nierealne” marzenie. Wracając jednak do samego wątku – wydrążona pod wpływem długo trwającego procesu erozji, czyli uderzania fal morskich o skały dziura, jest nazywana przez miejscowych “miejscem dźwięku”. Akustyka, którą wytworzyła grota, faktycznie wzmacnia dźwięk fal. Tubylcy wierzą również, że owa dziura jest czymś więcej niż erozyjnym działaniem natury, jest podobno bramą do przodków! Po drodze do głównej atrakcji regionu, mieliśmy również okazję zobaczenia innej formacji skalnej, czyli “Baby Hole in the Wall”.

Tego samego dnia po powrocie do naszego miejsca zamieszkania, wraz z innymi studentami wypożyczyliśmy deski surfingowe i całe słoneczne popołudnie próbowaliśmy złapać fale! Niestety, pogodna nie sprzyjała tego dnia zbytnio do uprawiania tego sportu, gdyż było zbyt wietrznie, ocean był niespokojny, a fale zbyt częste i duże.. Nie mniej jednak, spróbowałem surfować w miejscu tak zwanym mekką surferów! Wieczorem postanowiliśmy dołączyć do miejscowych mieszkańców, gdyż dowiedzieliśmy się, że planują iść na plaże, rozpalić ognisko i grać na bębnach! Co za dzień! Wyczerpujący, ale wykorzystany na maksa! Kolejnego dnia, po zjedzeniu śniadania, znowu próbowaliśmy swoich sił na falach, było lepiej. Niestety, każde Eldorado musi się kiedyś skończyć i przed południem ruszyliśmy w trasę, aby wrócić do Durbanu..

 

 

Howick

Howick

Moja pierwsza wycieczka w Republice Południowej Afryki odbyła się 5 sierpnia. W niedzielny poranek wraz ze studentami z innych europejskich krajów (którzy są tak jak ja, na wymianie międzynarodowej na Uniwersytecie Technicznym w Durbanie) pojechaliśmy do miejscowości Howick. Miasteczko oddalone 100 kilometrów od Durbanu oferuje […]

Kraj / Kultura / Ludzie

Kraj / Kultura / Ludzie

Wczesnym rankiem, trzeciego dnia mojego pobytu w Tunezji wyruszyłem zwiedzać kraj. Wycieczka była zorganizowana przez biuro podróży, a moim przewodnikiem był Tunezyjczyk, który biegle posługiwał się językiem polskim. O godzinie 6:30 pod bramę hotelu nadjechał mały bus z piątką uczestników wyprawy. Naszym pierwszym przystankiem na […]

Tunis / Kartagina / Sidi Bou Said

Tunis / Kartagina / Sidi Bou Said

Ostatnim moim celem w Tunezji było zobaczenie stolicy państwa. Zanim to jednak nastąpiło po drodze zwiedziłem dwa inne miasta. Wycieczkę standardowo zarezerwowałem wraz z rodziną przez nasze biuro podróży. Po świetnej zorganizowanej podróży z przewodnikiem przez kraj, myślałem, że kolejna wycieczka z tym biurem będzie równie udana. Wczesnym rankiem o godzinie 6:30 przyjechał po nas pełen ludzi autobus. No cóż, tym razem wycieczka nie była już tak kameralna jak ostatnio. Naszym przewodnikiem był również Tunezyjczyk, który niekoniecznie mówił dobrze w języku polskim. Nie zmienia to jednak faktu, że jestem pełen podziwu dla jego osoby, gdyż bardzo doceniam to jak inni potrafią mówić w kilku językach. Niemniej jednak, ten pan po prostu nie był dobrym przewodnikiem. Strasznie ograniczał nam czas wolny, dla przykładu w Sidi Bou Said nie mieliśmy żadnego czasu wolnego dla siebie. Wracając jednak do tematu. Pierwszym naszym przystankiem była Kartagina. Starożytne miasto-państwo założone w IX w.p.n.e., które zostało wpisane na światową listę dziedzictwa UNESCO w 1979 roku.  Moją największą uwagę skupiły starożytne ruiny Term Antonina oraz ich kolosalne rozmiary! Co ciekawe, pomiędzy tymi ruinami była rozstawiona scena wraz z siedziskami dla publiczności oraz informacje na temat tego, że odbywają się tutaj cyklicznie jakieś wydarzenia muzyczne. Świetna sprawa i sugestia dla was, żeby sprawdzić, kiedy dokładnie się one odbywają – a nóż, może warto zaplanować podróż tak, aby uczestniczyć w jednym z tych eventów! ? Nieopodal Kartaginy znajduje się malowniczo położona miejscowość Sidi Bou Said, która jest położona nad Zatoką Tuniską. Obie te miejscowości zlokalizowane są 20 km od stolicy Tunezji. W obrębie tego miejsca, znajdują się bielone domy z przepiękną niebieską ornamentyką. Będąc tam, zamarłem z wrażenia, coś pięknego! Kontrast jaki tworzyła ta zabudowa z lazurowym odcieniem morza zapierał dech w piersiach. Obiekty swoim wyglądem przypominają greckie Santorini. Zdecydowanie, był to punkt kulminacyjny tego dnia. Niestety przewodnik nie bardzo dał nam się nacieszyć tą miejscowością i 3/4 naszego czasu spędziliśmy w muzeum Dar El Annabi…

Ostatnim punktem wycieczki była stolica kraju – Tunis. Mająca dla mnie szczególne znaczenie, gdyż była dla mnie miejscem wyjściowym planowania podróży do Tunezji. To już 12 stolica jaką miałem okazję zobaczyć i niestety stolica, która mnie rozczarowała. Nie dlatego, że była nieciekawa. Dlatego, że nasz przewodnik nie pokazał nam nic w niej. Wysiedliśmy w centrum miasta przy katolickiej katedrze św. Wincentego à Paulo, która jest zlokalizowana przy osi kompozycyjnej, zwieńczonej tunezyjską odpowiedzią na brytyjskiego Big Ben’a. Następnie, wręcz biegiem ruszyliśmy z przewodnikiem na medynę, w której można było kupić wszystko i nic. Dobiegając do serca starej dzielnicy arabskiego miasta, w centrum której znajdował się meczet Djama Az-Zajitun, otrzymaliśmy 30 minut na zwiedzenie kolejnego zabytku, wpisanego w 1979 rok na światową listę dziedzictwa UNESCO. Postanowiłem się oddzielić od grupy i zwiedzić cokolwiek na swoją rękę. Nie zawędrowałem jednak za daleko, gdyż znowu czułem się niezbyt komfortowo, spacerując z aparatem w totalnie obcym mi miejscu. Samotnie udało mi się dotrzeć do budynku ministerstwa spraw religijnych. Na szczęście, ten budynek zrekompensował mi chociaż trochę wycieczkę po Tunisie.

Susa

Susa

Na początku lipca 2018 roku miałem okazję pierwszy raz w życiu zwiedzić państwo na innym kontynencie. Decyzja zapadła w styczniu tego samego roku, że wraz z rodziną jedziemy na wakacje do Tunezji! Niestety, w tym poście nie opiszę jak poradziłem sobie z organizacją przelotów czy […]