Tag: architecture

An Intercultural Creative District in Durban  | Międzykulturowa Dzielnica Kreatywna w Durbanie

An Intercultural Creative District in Durban | Międzykulturowa Dzielnica Kreatywna w Durbanie

When I returned to Poland after my my 4-month stay in South Africa within international student exchange programme ERASMUS I have started working on my masters diploma project. The work took more than 6 months to create an intercultural urban structure in a South African […]

Dubaj

Dubaj

Państwo zlokalizowane pomiędzy 3 kontynentami (Azją, Europą oraz Afryką) staje się kolejnym punktem na mojej mapie. Mowa oczywiście o Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Fakt o braku konieczności posiadania przeze mnie wizy był decydujący o zatrzymaniu się w ZEA, gdyż obywatele polscy mogą przebywać w tym kraju […]

Durban II

Durban II

Kontynuacja artykułu DURBAN I.

AFRYKAŃSKI VIBE

Durban jest bardzo różnorodny pod względem społeczeństwa, architektury czy tez stylu życia. Centrum miasta jest właśnie miejscem, gdzie można doświadczyć typowej Afryki. O tym, jak bardzo niebezpieczne jest miasto naczytałem się nie raz. Wydaje się, że to właśnie centrum miasta jest jedną z tych przestrzeni. Afrykańczycy są przede wszystkim głośni, lubią handel i nietuzinkowy styl życia.

Transport publiczny (jaki my znamy) w tym mieście nie istnieje. Istnieją natomiast „taxis”, które są swojego rodzaju pewnym elementem ich kultury. Moim zdaniem jest to rzecz, którą naprawdę warto zrobić będąc w RPA. Po wejściu do busa – kierowca odpala typowy afrykański bit (typu afrykańskie creepy techno). Emocje sięgają zenitu! Przy odrobinie szczęścia – siedząc w pierwszym rzędzie, będziecie uczestniczyć w rozliczaniu pasażerów za bilety z kierowcą w trakcie jazdy. Atmosfera w samochodzie jest niepowtarzalna – a lokalne społeczeństwo naprawdę doceni to, że białoskóra osoba korzysta z tego samego środka transportu co i oni. „Taxis” są super tanie i dają niezapomnianą dawkę adrenaliny. W centrum miasta bywałem niejednokrotnie, gdyż jeździłem tam do biblioteki. Znajduje się ona w ratuszu miejskim z 1910 roku, który jest „bratem bliźniakiem” ratusza miejskiego w Belfaście.

TARGOWISKA

Kolejnym elementem ich kultury jest właśnie handel. Stragany są praktycznie na każdej ulicy. Nawet w okolicach uczelni były stoiska, gdzie lokalne społeczeństwo codziennie sprzedawało pieczoną kukurydzę, mięso, kiełbasy, chipsy, słodycze czy nawet papieroski na sztuki.

Bywały targowiska, gdzie ludzie sprzedawali towary w cywilizowany sposób, ale bywały też miejsca, gdzie te towary były sprzedawane w bardziej „dziki” nieformalny sposób. Jednym z takich miejsc, gdzie doświadczymy nieformalnego handlu są okolice centralnego dworca kolejowego i część miasta nazywająca się Warwick. Pod nieukończonym wiaduktem oraz i na nim – można było zaopatrzyć się we wszystko. Wiadukt nie został ukończony, ponieważ inżynier, który zaprojektował sieć dróg tego węzła komunikacyjnego popełnił błąd (w RPA jest ruch lewostronny a projektant pochodził z Niemiec). Nie przeszkodziło to natomiast lokalnemu społeczeństwu w szybkiej adaptacji tego obiektu do prowadzenia sprzedaży towarów potrzebnych do „muti” (praktykowania wiary w czarną magię). Można tam kupić: suszone części ciał zwierząt, roślin itd. Odór, który unosił się w powietrzu był nie do wytrzymania. Inne ciekawe targowiska w mieście znajdywały się również w bliskiej lokalizacji centrum miasta, gdzie ja chodziłem na dredy. Przyznam się, że lokalni handlarze jak i ja – byli pod wrażeniem mojej odwagi. Niekoniecznie ten metalowy „shack” (barak) – był miejscem bezpiecznym dla „białego” polaczka, tym bardziej, że byłem tam kilkukrotnie sam.

 

Ogromnym zainteresowaniem społeczeństwa cieszą się markety, gdzie robiąc zakupy nie oczekuje się zbyt dużej dawki adrenaliny. Takim marketem może być zlokalizowany na przedmieściach Durbanu SHONGWENI FARMERS MARKET, który z pewnością spodoba się niejednemu turyście. Ciekawostką jest fakt, że to właśnie tego typu miejsca sprawiają, że społeczeństwo zaciera bariery rasowe, przebywając tam w celu „konsumpcji doświadczeń” – jedzenia, zakupów czy spotkań.

INDIE W AFRYCE

Durban jest nie tylko afrykański, europejski, ale jest również indyjski. W mieście możemy znaleźć wiele świątyń hinduskich, sklepów z indyjskimi przyprawami oraz restauracji. To właśnie tutaj zrodziło się danie zwane bunny-chow. Można go trochę porównać do polskiego żurku w chlebie, ale zamiast zupy, w pieczywie znajduje się curry z mięsem i warzywami, które są pikantne. Najlepszą knajpką serwująca w Durbanie to danie okazała się CANECUTTERS, ale ja również polecam indyjską restauracje THE LITTLE INDIA RESTAURANT.

Indyjskie wpływy widać w całym mieście, ale to ulica The Grey Street (aktualnie Denis Hurley Street) jako pierwsza została zaadoptowana przez azjatycką społeczność w Durbanie. Można ją porównać do znanego wszystkim Chinatown w Londynie. Ornamentyka, detale czy sam kształt budynków przypominają żywcem skopiowane budynki z Mumbaju. To na tej ulicy powstał największy na tej półkuli ziemskiej meczet Juma Mosque oraz unikalny VICTORIA MARKET, który działa do dzisiaj. Będąc tam na zakupach, czułem się bardzo nieswojo – kontrolując cały czas czy nadal mam telefon w kieszeni. Plusem w tym markecie są na pewno ceny. Nie skuszę się  jednak na stwierdzenie, że jest to miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć będąc w Durbanie.

SHANTY-TOWNY I TOWNSHIPY

Poprzez politykę apartheidu do 1994 roku miasto kształtuje się według ściśle ustanowionych zasad podziału, segregacji społecznej. Poza ścisłym centrum na obrzeżach miasta tworzą się struktury miejskie, które zamieszkuje najbiedniejsza część społeczeństwa. Mija 25 lat – a jednak nadal się nic nie zmieniło. Shanty-towny – czyli tak zwane slumsy. Jest to tkanka miasta, którą tworzą tak zwane „shacki” (budy) wykonane z materiałów tymczasowych. Metropolia Durbanu liczy ponad 3,4 miliona mieszkańców z czego 1,1 miliona żyje w skrajnie słych warunkach, nie mając dostępu do wody, kanalizacji czy prądu. Ja nie miałem okazji być osobiście w prawdziwych shanty-townach, gdyż wiąże się to po prostu z dużym niebezpieczeństwem. Miałem za to okazję być w town-shipach.

KWAMASHU

Jest to część miasta, gdzie mieszka czarnoskóre społeczeństwo i pomimo dostępu do wody, kanalizacji i prądu nadal jest marginesem społecznym. Przestrzenie są w dużej mierze niekontrolowane, brakuje w nich podstawowych usług czy planowania przestrzennego. W kilku przewodnikach przeczytałem, że town-shipy należą do niebezpiecznych. Ciężko mi się odnieść do tych informacji, gdyż byłem tam ze znajomymi. Odniosłem wrażenie, że ta społeczność jest bardzo pozytywna, miła i przyjazna. Sprawiali raczej wrażenie totalnie zaskoczonych i nie przygotowanych, aby mnie zaatakować. Pierwszy raz miałem okazje być tam jako turysta – totalnie odradzam tego typu zwiedzanie. Miałem wrażenie, że główną ideą przewodnika tej wycieczki było pokazanie bogatemu Europejczykowi: „jak bardzo biedni jesteśmy”.

Po mojej wizycie w town-shipie, poznałem Wandile, którego wpis na temat UBUNTU pojawił się już na blogu . To on pokazał mi prawdziwą część miasta, stworzoną przez czarnoskóre społeczeństwo i to on pokazał mi, że pomimo biedy – ci ludzie żyją w harmonii i są bardzo życzliwi dla innych. Moim punktem kulminacyjnym pobytu w KwaMashu – było uczestniczenie w mszy adwentystów dnia siódmego. Po kazaniu pastora wleciał gospel, ludzie zaczęli śpiewać i wielbić Pana. Następnie całe społeczeństwo spotkało się na wspólnym obiedzie przy kościele. Co mnie zaskoczyło – dla każdego był obiad. Cały urok tego miejsca polegał na tym, że ci ludzie się dzielą. Każdy przynosi coś do jedzenia (trochę mniej, trochę więcej), w zależności od sytuacji finansowej. Natomiast każdy po wspólnej modlitwie, otrzymuje ten sam posiłek. Podczas mojego pobytu tam, miałem okazję zwiedzenia kilku szkół, które z uwagi na to ze był weekend zmieniały funkcje (były kościołami). Każdy w KwaMashu był mną zaciekawiony, chciał abym zrobił mu zdjęcie – wymieniając się przy tym szczerym uśmiechem i szacunkiem. Byli w pewnym sensie mnie ciekawi, bo przecież przyleciałem z Polski i to ja dla nich byłem egzotyczny.

Jedną z mieszkanek takiego town-shipu była moja sprzątaczka Timbsi. Dlaczego miałem sprzątaczkę? W RPA jest taka niepisana zasada… Jeżeli ciebie stać – musisz dać zarobić innym. Z perspektywy czasu bardzo się cieszę, że ją miałem, ponieważ to ona opowiedziała mi wiele rzeczy na temat społeczeństwa i życia w tym państwie.

TO JAK TO W KOŃCU JEST?

Patrząc już z perspektywy czasu, bardzo się cieszę, że miałem okazję mieszkać właśnie w tym afrykańskim mieście. Miasto jest cholernie różnorodne. Jest całkowicie inne niż te, które my znamy. Posiada swój charakterystyczny styl i zasady, które na początku ciężko było mi zaakceptować, a co dopiero zrozumieć. W mieście jest bardzo dużo miejsc, gdzie lepiej nie pokazywać się z telefonem, aparatem czy portfelem „wypchanym sianem”. RPA nie należy do państw, gdzie normalną rzeczą jest chodzenie po zmierzchu ulicą. Ja takich sytuacji starałem się unikać, ale zdarzyło mi się nie raz wracać o zmroku do mojego domu.

Apartheid w powietrzuChciałbym powiedzieć, że to bullshit, ale nie powiem. Z moich obserwacji wygląda to tak, że białoskóre społeczeństwo podchodzi z ogromnym dystansem do innych, stając się swojego rodzaju trochę paranoikami. Hindusi się izolują i unikają wchodzenia w interakcję z innymi, żyjąc w swoich zamkniętych enklawach. Natomiast czarnoskóre społeczeństwo wydawało mi się najbardziej sympatyczne. Nie raz usłyszałem masę komplementów od pań ekspedientek. Sami czarnoskórzy żartują, że „osoba, która za tobą idzie wieczorem i nie jest biała prawdopodobnie ciebie zaatakuje – jest to znak, żeby uciekać”.

Podczas mojego czteromiesięcznego pobytu w Durbanie nie stałem się ofiarą żadnej niebezpiecznej sytuacji, nie mniej jednak byłem świadkiem jednego incydentu, gdzie została okradziona jedna dziewczyna. Pewnego dnia miałem też sytuacje, że idąc Złotą Milą odniosłem wrażenie że ktoś mnie śledzi. Poza tym słyszałem również o przypadkach, gdzie zaatakowano w samochodzie mężczyznę, raniąc go kilkukrotnie nożem czy również historie moich znajomych jak zostali kilkukrotnie okradzeni (nawet z butów:). Sytuacje, które miałem okazję usłyszeć sprawiły, że z większym dystansem, świadomością i obserwacją otoczenia – zwiedzałem i codziennie funkcjonowałem w afrykańskim mieście.

Durban można zwiedzić na dwa sposoby: poznać dogłębnie jego kulturę i styl życia lub można iść szablonowym, turystycznym szlakiem. Fascynacja afrykańską kulturą nadal pozostaje i  pomimo, iż jestem już w Polsce chce tam wrócić i odkryć to czego nie miałem jeszcze okazji zobaczyć.

Durban I

Durban I

Dlaczego pojechałem do RPA i dlaczego akurat do Durbanu? Fascynacja Afryką była od zawsze. Dla mnie jest ona nieoczywista, nieodkryta, niezrozumiała a nawet powiedziałbym, że abstrakcyjna. Kraj wbrew pozorom nie wydaje się być super zacofany, a językiem urzędowym jest język angielski. W marcu ubiegłego roku […]

Ubuntu

Ubuntu

Odstępstwem od idei mojego bloga, którego motywem przewodnim są miejsca czy miasta jest niniejszy artykuł, który dotyczy pewnej filozofii oraz społeczności, która pomaga innym. Ubuntu to zuluskie słowo, które oznacza „jestem, ponieważ ty jesteś”… Często też używane jest w bardziej filozoficznym sensie: ”wiary w uniwersalną […]

Pretoria

Pretoria

Mój pobyt w jednej z trzech stolic Republiki Południowej Afryki nie należał do zbyt długich. 5 Listopada byłem w Pretorii dosłownie kilka godzin. Nie zmienia to jednak faktu, iż to miasto wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Plusem, który o tym zadecydował był na pewno fakt, że to miasto jest bezpieczne, zadbane a trawa była przystrzyżona. Do tego miasta dotarłem zamówionym z mojego miejsca zakwaterowania w Johannesburgu uberem. Oba miasta sąsiadują ze sobą, gdyż odległość pomiędzy nimi wynosi zaledwie 50 kilometrów. W tym też mieście zlokalizowana jest Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej, co było moim pierwszym przestankiem podczas zwiedzania tego miasta. Co za cudowne miejsce! Po ponad 3 miesiącach używania codziennie tylko i wyłącznie języka angielskiego, miałem okazję porozmawiania w moim ojczystym języku. Przez cały mój pobyt w RPA tylko i wyłącznie w tym mieście spotkałem kilku Polaków, co nie ukrywam, że było dla mnie dużym zaskoczeniem. Wcześniej uważałem, że spotkam kogokolwiek z Polski podczas mojego pobytu w tym kraju. Tak się jednak nie stało.

Kolejnym moim przystankiem był The Union Buildings. Obiekt ten to nie tylko siedziba rządu RPA, to również symbol pojednania dwóch zwaśnionych stron Anglików i Burów. Zbudowany został po drugiej wojnie burskiej przez angielskiego architekta Herberta Bakera. W tym też miejscu 10 maja 1994 roku została dokonana inauguracja Nelsona Mandeli – pierwszego demokratycznie wybranego prezydenta RPA po zakończeniu apartheidu. Przed budynkiem znajduje się jego posąg oraz ogromny park, w którym umieszczono pamiątki z okresu I wojny światowej. Obiekt ten stał się ikoną Pretorii i RPA oraz jest symbolem demokracji. W rzeczywistości faktycznie robi spektakularne wrażenie. Tego też dnia, panował bardzo duży upał co nie sprzyjało temu, aby spędzić w tym miejscu za dużo czasu, gdyż afrykańskie słońce dawało o sobie znać.. Po spędzeniu 30 minut w parku pojechałem do pobliskiego centrum handlowego na lunch a po nim zamówiłem ubera, aby dotrzeć do kolejnej atrakcji.

The Voortrekker Monument został zbudowany w 1937 na wzgórzu dla upamiętnienia Wielkiego Treku, czyli ucieczki Burów przed tyranią Imperium Brytyjskiego i kolonizacji terenów obecnego północnego i wschodniego RPA. Obiekt ten jest niemal widoczny z każdego miejsca Pretorii, a sam teren obiektu stanowi świetny punkt widokowy, z którego rozprzestrzenia się panorama miasta. Budynek został stworzony w stylu architektonicznym art déco i jak to monument ma przypominać o historii. Po przekroczeniu głównego wejścia do budynku znalazłem się w Sali Bohaterów. Poniżej gigantycznych, zakończonych ostrołukowo okien znajdują się marmurowe płaskorzeźby, które są największym tego typu dziełem na świecie. Składają się one z 27 sekcji obrazujących historię Wielkiego Treku, od opuszczenia przez Burów Kolonii Przylądkowej w 1835 roku aż do podpisania Konwencji rzeki Sand w 1852 roku. Jako obiekt architektoniczny, czy po prostu pomnik historyczny –  wręcz perfekcyjnie spełnia swoja funkcję. Natomiast historia, która została przedstawiona w tym obiekcie, mam wrażenie, że jest przekłamana. Płaskorzeźby przedstawiają głównie trudności związane z osadnictwem pierwszych białoskórych mieszkańców Afryki Południowej. W tym przypadku byli to potomkowie głównie holenderskich, flamandzkich i fryzyjskich, niemieckich i francuskich kolonistów. Sposób przedstawienia tej historii, idealnie się wpisuje w ramy polityki apartheidu. Pomimo wręcz idealnego założenia architektonicznego, odczuwałem lekki dyskomfort zachwycając się tym obiektem. Chodzi mi głównie o fakt, że historia przedstawiona w the Voortrekker Monument jest przedstawiona tylko z jednej perspektywy – perspektywy białych kolonistów. Pokrzywdzonych, walecznych, którzy życiem zapłacili za zdobycie tych ziem. Nikt, oczywiście nie pomyślał o tym, że ci biali koloniści wjechali z całym swoim koncernem w lokalne społeczności, niszcząc doszczętnie sposób w jaki żyli. Nie muszę dodawać, że rdzenni mieszkańcy na samym starcie byli na przegranej pozycji, walcząc z nowymi intruzami wyposażonymi w lepsze technologie, broń palną itd. Właśnie dlatego, czułem się tam „nieswojo” – nie rozumiejąc, dlaczego nadal owa wystawa istnieje. Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo polecam to miejsce. Zdecydowanie ma coś w sobie, a możliwość obserwacji panoramy Pretorii jest dodatkowym atutem. Całość kompleksu przeszedłem w ekspresowym tempie, gdyż w powietrzu unosiła się woń nadchodzącej burzy, która chyba stanowiła o rozładowaniu wszystkich towarzyszących mi emocji w ostatnich dniach. Biegiem dotarłem do zamówionego przeze mnie ubera przed deszczem, aby następnie pojechać do Westlake Eco Estate, czyli mojego miejsca zakwaterowania. Jest to strzeżone osiedle na przedmieściach Johannesburga. Kompleks budynków mieszkaniowych wielorodzinnych tworzy samowystarczalną satelitę w strukturze miasta. Wyposażona jest w niezbędne usługi, restaurację, siłownię, ochronę, która patroluje obszar 24 godziny na dobę. Prawdopodobnie urażę kogoś moim stwierdzeniem, ale to osiedle jest idealnym azylem bezpieczeństwa – takim gettem dla występującego w tym mieście wysokiego procentu zbrodni. To miejsce jest świetne dla ludzi, którzy lubią żyć w bezpieczeństwie, natomiast to bezpieczeństwo wiąże się również z wyrzeczeniami związanymi z rezygnacją z życia w normalnych warunkach (mam na myśli nasz europejski lifestyle). Joburg, nie ukrywam wywarł na mnie bardzo negatywne wrażenie. Przed wyjazdem do RPA naczytałem się niezliczonej ilości artykułów, dotyczących tego jak bardzo niebezpieczne będzie miasto w którym ja zamieszkam, czyli Durban. Według wielu źródeł jest to najbardziej niebezpieczne miasto w tym kraju. Ja nie potwierdzę tej tezy. Dla mnie najniebezpieczniejszym miastem RPA jest Johannesburg, na którym się sparzyłem. Pod koniec dodam tylko, że oba wielkie miasta Republiki Południowej Afryki tworzą ciekawe zestawienie. Pretoria jest zadbana, piękna, bogata, a przede wszystkim bezpieczna. Johannesburg jest jej całkowitym przeciwieństwem: zaniedbane miasto i wszechobecna bieda to pierwsze na co zwróciłem uwagę. Niestety nie jest też tam bezpiecznie – idąc ulicami czułem się bardzo nieswojo. Dodam, iż mam na myśli centrum, aż strach pomyśleć, co się dzieje w innych częściach tego miasta… Po powrocie do JHB po burzy pokazała się w końcu tęcza…

fot. Weronika Denga

Greytown

Greytown

Dokładnie miesiąc temu otrzymałem propozycję spędzenia weekendu w rodzinnym mieście właścicieli od których wynajmuję mieszkanie. Greytown jest oddalone 150 kilometrów od Durbanu. Miasto, które zostało założone w 1848 roku, niestety nie oferuje zbyt wielu ciekawych atrakcji dla turystów. Jego liczba mieszkańców wynosi około 10 tysięcy, […]

Simonstad / Półwysep Przylądkowy / Hermanus / Helderberg Rural

Simonstad / Półwysep Przylądkowy / Hermanus / Helderberg Rural

Kapsztad to nie tylko atrakcje znajdujące się w samym mieście, ale również te zlokalizowane w bliskim sąsiedztwie. W czasie mojego 8 dniowego pobytu w Cape, udałem się wraz z moimi znajomymi do kilku innych miejscowości. Naszym pierwszym kierunkiem było miasto Simonstad zlokalizowane 45 kilometrów od […]

Kapsztad

Kapsztad

Nadszedł ten czas, aby podzielić się z Wami miejscem, które od bardzo, bardzo dawna było moim wymarzonym punktem na mapie świata – Kapsztad! Miasto oddalone od Durbanu 1500 kilometrów jest jedną z 3 stolic Republiki Południowej Afryki. Udałem się do tej miejscowości pod koniec września wraz z moimi niedawno poznanymi znajomymi z Niemiec. Kapsztad nie zawiódł mnie niczym. Od samego wylądowania na lotnisku byłem podekscytowany, że w końcu tutaj jestem! Tak długo wyczekiwane marzenie, które w końcu się spełnia! Po prostu czad! Miasto oferuje zwiedzającym szeroki wachlarz atrakcji, spędziliśmy tam 8 cudownych dni, zwiedziliśmy naprawdę bardzo dużą część miasta i okolic – a i tak muszę przyznać, że nie zwiedziliśmy wszystkiego.. chociażby wszystkich otaczających miasto winiarni! 😄

Zacznę może od tego, że post podzieliłem na dwie części, gdyż mam masę zdjęć, które chciałbym opublikować. Pierwszy wpis jest na temat samego miasta, kolejny będzie na temat okolicznych atrakcji, które udało nam się zwiedzić. Z racji iż wylądowaliśmy późnym wieczorem 20 września w Kapsztadzie tego też dnia nie zwiedziliśmy nic. Przelotu z Durbanu dokonaliśmy krajową linią lotniczą Mango, a nasze mieszkanie zarezerwowaliśmy w bardzo korzystnej cenie przez Airbnb. Kolejnego dnia zwiedzanie miasta rozpoczęliśmy od fenomenalnego V&A Waterfrontu. Obecne serce miasta oferuje zwiedzającym dużą liczbę atrakcji, a atmosfera tego miejsca jest wręcz niedopisania. Ludzie tutaj są szczęśliwi, wolni. Każda osoba, którą spotkałem w tym mieście powtarzała mi, że mam wykorzystać ten czas na maxa i nie mam się martwić niczym, bo to Cape – miasto wolnych ludzi. I tak, to prawda – miasto jest wolne od zmartwień. Chociażby z pozoru… 😌 Po przespacerowaniu się nabrzeżem, kolejnym naszym kierunkiem było oceanarium Two Oceans Aquarium, które może i nie należy do jednych z największych na świecie, ale jego projekt wnętrza należy do jednych z najlepiej zaprojektowanych jakie miałem okazję zobaczyć w życiu.

Jedno z powyższych zdjęć (przedostatnie) przedstawia jajo rekina, w którym znajdował się zarodek tego gatunku ryby. Po wizycie w oceanarium postanowiliśmy jeszcze raz przespacerować się Waterfrontem i udać się do centrum handlowego Victoria & Alfred Waterfront. Po drodze spotkaliśmy licznych artystów ulicznych, którzy śpiewem i tańcem umilali czas zwiedzającym. Po powrocie do naszego domu i krótkim odpoczynku, wieczorem – ruszyliśmy na miasto! Naszym miejscem kulminacyjnym tego dnia okazał się lokal YOURS TRULY, który był rekomendowany przez wszystkich moich znajomych jako świetne miejsce na spędzenie wieczoru w Cape.

Sobotni poranek w Kapsztadzie rozpoczęliśmy od spędzenia czasu w hipsterskim markecie The Old Biscuit Mill, który jest zlokalizowany w dzielnicy Woodstock. Market ten nie był moim pierwszym jaki miałem okazję zwiedzić w tym kraju. Po wizycie w tym miejscu, jedno jest pewne – Południowoafrykańczycy uwielbiają handel w każdej formie! W przestrzeni marketu można było zaopatrzyć się w unikalne przedmioty, ciuchy, akcesoria zaprojektowane i wykonane przez mniej lub bardziej znanych projektantów. Na terenie całego obszaru znajdował się jeden namiot, który był przeznaczony jedynie do handlu gastronomią. W jego też bliskim otoczeniu znajdowało się miejsce przeznaczone dla artystów, którzy umilali czas klientom, przygrywając chillout’owe kawałki.

Po małym shoppingu, naszym kolejnym kierunkiem tego dnia był niesamowity – i chyba najbardziej przeze mnie wyczekiwany obszar w tym mieście – Bo Kaap! Pierwsze małe, parterowe domy zostały wybudowane w 1763 roku dla niewolników sprowadzanych z Malezji, Indonezji czy innych regionów Afryki, gdyż rdzenni mieszkańcy oparli się rządom holenderskich kolonistów. Nowa społeczność na tym obszarze była głównie wiary muzułmańskiej, a na terenie tego obszaru występuje kilka meczetów – w tym jeden seledynowy. ☺️ Jaskrawo zabarwione fasady przypisuje się nowym właścicielom domów jako wyraz wolności, gdyż wszystkie domy były pomalowane na biało w czasie dzierżawy niewolnikom.

 

Czas na Park i Muzeum! Kolejnym naszym przystankiem był przepiękny park miejski The Company’s Garden, gdzie spędziliśmy czas odpoczywając i karmiąc zwierzaki zakupionymi przez nas orzechami. Niestety – kolejny raz pomimo moich szczerych chęci nie widziałem nigdzie małpek. Podobno są wszędzie, ale ja najwyraźniej mam pecha, aby je spotkać. Ostatnim już przystankiem tego dnia było muzeum “South African National Gallery”, które pomimo bardzo niskiej ceny i tak odradzam. 😬

Kolejny dzień w tym pięknym mieście rozpoczęliśmy wizytą dzielnicy St James, gdzie wraz z kolegą miałem okazję surfować! False Bay, która jest otoczona Półwyspem Przylądkowym zapewniła nam idealne fale. Od samego początku udawało nam się łapać niezliczone ilości fal. Zdecydowanie było to jedno z najpiękniejszych przeżyć w moim życiu, które będę wspominał do końca mojego życia! 😉 Samo miejsce urzeka krajobrazem. Na terenie plaży znajduje się kilkanaście kolorowych, drewnianych domków, które sprawiły, że obszar ten był jeszcze bardziej magiczny o bardzo wysokich walorach turystycznych.

Po świetnie wykorzystanym poranku naszym kolejnym punktem na mapie było spędzenie czasu na Clifton Beach. Na trasie do wcześniej wspomnianego miejsca zauważyliśmy też świetny punkt widokowy, gdzie zatrzymaliśmy się na krótką chwilę w celu podziwiania panoramy miasta.

Naszym ostatnim punktem tego dnia miała być wycieczka na wyspę zamieszkaną przez foki. Niestety, nie udało nam się tego zrealizować, gdyż tego dnia ocean nie należał do zbyt spokojnych i w obawie przed zbyt dużymi falami, wszystkie kursy wykonywane łodziami na tą wyspę były odwołane. Myślę, że jest to po prostu pretekst, aby kiedyś wrócić do tego miasta i zrealizować tą wycieczkę innym razem! 😁

Na nasze nieszczęście okazało się, że w bliskim sąsiedztwie miejsca, z którego organizowano wycieczki na Wyspę Fok jest zlokalizowany kolejny market – Bay Harbour Market, gdzie tak jak we wspominanym wcześniej innym markecie w dzielnicy Woodstock – odbywa się handel unikatowymi przedmiotami, zaprojektowanymi przez licznych projektantów. W tym też miejscu, spędziliśmy nasze popołudnie, delektując się świetnie przyrządzonymi owocami morza. Nasz wieczór spędziliśmy na najpiękniejszej plaży w Kapsztadzie – Camps Bay, gdzie podziwialiśmy zachodzące słońce. Po powrocie do domu, tego niedzielnego wieczoru zdecydowaliśmy się wyjechać “na miasto” – a konkretniej na Long Street do pubu zwanego Beer House. Samą ulicę mogę z czystym sercem polecić jako miejsce, zaopatrzone w niezliczoną ilość lokali i miejsc do spędzenia wolnego wieczoru. Pub, w którym mieliśmy okazję spędzić czas, zaskakiwał nawet mnie kreatywnością projektanta wnętrza. Sam budynek został wybudowany w czasach kolonialnych – posiada charakterystyczne dla tego czasu balkony o bogatej ornamentyce. Obecnie obiekt jest przemalowany na jaskrawy żółty – tworząc ciekawy zabieg stylistyczny.

Poniedziałkowy poranek rozpoczęliśmy od podróży na Górę Stołową, gdzie aby dostać się na szczyt skorzystaliśmy z kolejki linowej. Niestety, tego też dnia w RPA było święto narodowe – Dzień Dziedzictwa Kulturowego, co było przyczyną długiego oczekiwania w celu skorzystania z atrakcji, gdyż nie tylko nasz trójka chciała dostać się na szczyt korzystając z tego przejazdu. Sama góra należy do części Parku Narodowego Cape Peninsula i w 2004 roku park ten został wpisany na światową listę dziedzictwa kulturowego UNESCO. Nie mam pojęcia, który to już zabytek jaki miałem okazję zwiedzić, ale w przyszłości postaram się wykonać małe zestawienie tych atrakcji. 😊

 

Po dotarciu na miejsce moim oczom ukazał się jeden z najpiękniejszych widoków jakie miałem okazję zobaczyć w życiu. Niebo było praktycznie bezchmurne, co umożliwiło nam napawać się spektakularną panoramą roztaczającą się na Kapsztad oraz Ocean Atlantycki. Część Parku Peninsula, którą miałem okazję zobaczyć zrobiła na mnie bezkonkurencyjne wrażenie. Uważam jednak, że to panorama na miasto i ocean wywarły na mnie owe wrażenia. Na szczycie góry spędziliśmy około 3 godzin, spacerując i nasycając się otaczającym nas pejzażem.

Po zjeździe z Góry Stołowej kolejką linową, postanowiłem się rozłączyć z moimi znajomymi, gdyż pragnąłem tego samego dnia zwiedzić Muzeum Współczesnej Afrykańskiej Sztuki Zetiz MOCAA, które jest największym muzeum na świecie z współczesną sztuką afrykańską. Natomiast moi znajomi, postanowili tego popołudnia wspiąć się jeszcze na szczyt Lion’s Head. Moją decyzję o rezygnacji z wspinaczki podjąłem silnymi argumentami, gdyż nasz plan zwiedzania miasta był bardzo napięty praktycznie do ostatniego dnia. Drugim moim argumentem okazał się ukryty w głębi duszy Januszek, gdyż tego dnia wstęp do muzeum z racji narodowego święta – był darmowy. 😆 Wystawa zlokalizowana jest w przeprojektowanym silosie wybudowanym w 1921 roku na obszarze V&A Waterfront. Projekt przebudowy oryginalnego obiektu namieszał sporo w środowisku architektury. I słusznie. Idea została zaprojektowana przez Heatherwick Studio. W ramach przebudowy obiektu wyrzeźbiono w 42 gęsto upakowanych betonowych cylindrach, duże otwarte przestrzenie nadając “katedralne” wnętrze budynkowi. Kolejną zmianą w kubaturze obiektu było dodanie poduszkowych paneli szklanych w górnych piętrach budynku. Muszę przyznać, że efekt końcowy jest piorunujący!

Kiedy w końcu udało mi się dotrzeć do wnętrza obiektu, moim oczom ukazał się zawieszony w powietrzu smok wykonany z plastikowych materiałów na tle wręcz “gotyckiego” charakteru wnętrza. W moich uszach rozbrzmiały afrykańskie bębny i przyśpiewy, coś w rodzaju muzyki creepy. Od samego początku muzeum to stara się tworzyć niepowtarzalne emocje, angażując przy tym spektrum wszystkich zmysłów. A wystawa? Była imponująca! Podobała mi się. Była czymś co totalnie czuje w Afryce – czymś kolorowym, nieokreślonym, niezrozumiałym a pociągającym. Z czystym sercem polecam to miejsce!

 

Kolejne 3 dni spędziliśmy na zwiedzaniu innych atrakcji zlokalizowanych poza miastem Kapsztad. Atrakcje te i moje przeżycia opisze w kolejnym poście, ale zanim to nastąpi – chciałbym jeszcze wrócić po raz kolejny do Cape. Ostatniego dnia, którym był piątek postanowiliśmy zwiedzić pozostałe, nieodkryte przez nas miejsca w mieście. Nasz samolot powrotny do Durbanu był o godzinie 21, dlatego też, zyskaliśmy dzięki temu kolejny, dodatkowy dzień na zwiedzanie. Wczesnym porankiem udało mi się przekonać moich towarzyszy, aby zobaczyć jeszcze historycznie wykształcone centrum miasta, zlokalizowane pomiędzy Ratuszem, który został wybudowany w 1905 roku a fortyfikacją zwaną Zamkiem Dobrej Nadziei, która uchodzi za najstarszy zachowany budynek kolonialny z 1666 roku.

Ostatniego też dnia udaliśmy się po raz kolejny przespacerować się Waterfrontem, aby następnie zwiedzić kolejne muzeum zlokalizowane na Robben Island. Muzeum to jest niczym innym jak wyspą, na której jest zlokalizowane więzienie, gdzie swojego czasu odsiadywał tu wyrok dożywotniego więzienia, pierwszy czarnoskóry prezydent RPA – Nelson Mandela. Ponadto, na wyspie utworzono rezerwat przyrody dla ochrony pingwinów i innych gatunków ptaków. W 1999 roku obszar ten został wpisany na światową listę dziedzictwa UNESCO. Aby dostać się na wyspę wykupiliśmy bilety do muzeum, które zawierały również cenę za przepłynięcie statkiem wycieczkowym do docelowego punktu. Co mogę dodać na temat tej części mojej wycieczki? Cena biletu była nieadekwatna do oferowanej atrakcji turystycznej. Poza tym, iż z wyspy rozprzestrzeniał się świetny widok na miasto Wyspa oferowała zwiedzenie tylko obiektów kompleksu więziennego w tym celi, gdzie odsiadywał swój wyrok przyszły prezydent RPA. Po powrocie z wyspy, udałem się wraz z Sabriną i Ottem na lotnisko w celu powrotu do mojego miasta. Ostatnią rzeczą, którą chciałbym dodawać do wpisu, rzeczy o której nie powiedzą wam w przewodnikach są shanty-town, z którymi również i Kapsztad się zmaga. Co mam na myśli pisząc shanty-town? Są to obszary w mieście, zazwyczaj na przedmieściach, gdzie występuje nielegalne osadnictwo. Budynki na tych obszarach są wykonane z najtańszych, łatwo dostępnych materiałów (mam na myśli blachę dachową, płyty itd). Nie posiadam zbyt wielu zdjęć z tych terenów, gdyż były one zlokalizowane na obrzeżach miasta przy trasach szybkiego ruchu, gdzie miałem okazję obserwować owe zjawisko z pozycji pasażera. Innym powodem jest fakt, że shanty-town’y są po prostu niebezpieczne – i “białas” z Polski nie byłby mile widzianą osobą w tym miejscu. “W Kapsztadzie ludzie są wolni”…

 

Moteng

Moteng

W drugi weekend września wraz ze studentami z Niemiec wyruszyliśmy w podróż w celu spędzenia kilku dni w Górach Smoczych. W czwartkowy wieczór dotarliśmy wynajętym przez nas samochodem do naszego zakwaterowania. Noclegi zarezerwowaliśmy w Amphitheatre Backpackers Lodge. Z racji iż szlak górski, the Amphitheatre, który […]