Tag: SA

Międzykulturowa Dzielnica Kreatywna w Durbanie

Międzykulturowa Dzielnica Kreatywna w Durbanie

Po powrocie z mojego 4 miesięcznego pobytu w RPA w ramach międzynarodowego programu wymiany studenckiej ERASMUS, rozpocząłem pracę nad projektem dyplomowym. Prace trwały ponad 6 miesięcy i polegały na stworzeniu międzykulturowej struktury miejskiej w południowoafrykańskiej metropolii. Projekt składa się z trzech poziomów opracowania: MIASTO| DZIELNICA| […]

Durban II

Durban II

Kontynuacja artykułu DURBAN I. AFRYKAŃSKI VIBE Durban jest bardzo różnorodny pod względem społeczeństwa, architektury czy tez stylu życia. Centrum miasta jest właśnie miejscem, gdzie można doświadczyć typowej Afryki. O tym, jak bardzo niebezpieczne jest miasto naczytałem się nie raz. Wydaje się, że to właśnie centrum […]

Durban I

Durban I

Dlaczego pojechałem do RPA i dlaczego akurat do Durbanu? Fascynacja Afryką była od zawsze. Dla mnie jest ona nieoczywista, nieodkryta, niezrozumiała a nawet powiedziałbym, że abstrakcyjna. Kraj wbrew pozorom nie wydaje się być super zacofany, a językiem urzędowym jest język angielski. W marcu ubiegłego roku zaaplikowałem o wyjazd w ramach programu wymiany studenckiej ERASMUS +. W wyniku preselekcji otrzymałem możliwość studiowania jednego semestru w RPA.

Wszystko brzmi fajnie, ale po nominacji miałem zaledwie 4 miesiące na zorganizowanie sobie wszystkiego. Wiza, zakwaterowanie, umowy, loty, szczepienia i cała reszta papierologii. Zacznę może od wizy. Obywatele RP może przebywać na terenie RPA 30 dni bez wizy, posługując się jedynie paszportem. Ja jednak musiałem zorganizować sobie wizę na okres jednego semestru, którą ostatecznie dostałem na 4 miesiące. Jeżeli chodzi o zakwaterowanie otrzymałem listę miejsc z uczelni, gdzie mogłem starać się o lokum. Inną alternatywą w poszukiwaniu miejsca zamieszkania była strona internetowa GUMTREE.

Samo miasto jest stosunkowo bardzo młode, gdyż ma tylko 194 lata, ale jego historia jest dużo bardziej barwna niż wskazuje na to jego wiek. Przede wszystkim warto zacząć od tego, że co 3 spotkana przeze mnie osoba w tym mieście żyje w skrajnie złych warunkach – zamieszkując tak zwane shanty-town. Inną kwestią, którą warto wspomnieć jest informacja, że w 1860 roku w wyniku braku taniej siły roboczej do miasta „ściągnięto” nową grupę społeczeństwa pochodzenia indyjskiego. Takim oto sposobem, mamy wielokulturowe społeczeństwo dzielące się na 4 grupy społeczne pod względem: „koloru skóry”, 24 religii i aż 11 języków! Brzmi jak szaleństwo nad którym nie da się zapanować. No właśnie, cała ta sytuacja prowadzi do polityki apartheidu. Rodzi się niechęć do drugiego człowieka. Miasto rozwija się poprzez posegregowane struktury miejskie, na zasadzie: „tu mieszkają biali, bo tutaj jest przemysł i centrum, kolejnym okręgiem będą hindusi i koloredzi (osoby mieszanego pochodzenia), a na samym końcu hierarchii społecznej, za miastem – rdzenni mieszkańcy kraju”. Sprawa wygląda na tyle hardkorowo, że osoby niebiałoskóre mają zakaz pracy, edukacji, przebywania w centrum miasta, czy korzystania z tych samych przestrzeni publicznych. To całe piekło trwa aż do 1994 roku. Ponadto, obecnie Durban zajmuje bardzo wysokie miejsce w rankingach najbardziej niebezpiecznych miast na świecie.

Nasuwa się więc pytanie: to jak obecnie wygląda to południowoafrykańskie miasto?

Wielka Piątka Afrykańska to zwierzęta, które możemy zobaczyć na odwrocie rand (pieniądze), używanych w Republice Południowej Afryki. Śmieszna sprawa, kiedy za papieroski płaciłem kilkunastoma słoniami czy połową lwa. Artykuły, których się naczytałem na temat bezpieczeństwa w tym mieście sprawiły, że po przyjeździe bałem się wyjść z domu – popadając w lekką paranoję. Moją pierwszą misją i sytuacją, która dała mi okazję wyjścia z mojej „piwnicy” – była wizja lokalna neoklasycznego budynku, który był przedmiotem mojego projektu konserwatorskiego. Podczas tej, jakże ważnej eskapady towarzyszył mi inny lokalny student, sprawiając, że mogłem czuć się bezpiecznie.

SZTUKA DLA SZTUKI

Powoli zaczynam odkrywać nowy ląd. Kolejnym portem staje się kawiarnia THE KWAZULU NATAL SOCIETY OF THE ART. Fenomenem tego miejsca jest sztuka. Poza wystawą znajdującą się w wewnątrz budynku, obiekt posiada ścianę, która służy lokalnym artystom do tworzenia Street Art. Wystawa jak i wallart są zmieniane co miesiąc. Skoro mowa o sztuce warto wspomnieć też o muzeach. Pewnego dnia postanowiłem się wybrać do nowo wybudowanego MUZEUM CATO MANOR, jest to centrum dziedzictwa kulturowego, który pokazuje historię buntu, zamieszek i jego tłumienia pomiędzy różnymi grupami społecznymi. Pomimo informacji o tym, że muzeum jest otwarte – okazało się, że wystawa jest nadal zamknięta – „typowa Afryczka”.

Z uwagi na bliskość mojego miejsca zakwaterowania, ciekawym miejscem okazał się BOTANIC GARDEN założony w 1849 roku, który stał się najstarszym ogrodem botanicznym w RPA. Samo założenie nie robi jednak piorunującego wrażenia jak na przykład Parc Ciutadella w Barcelonie, nie mniej jednak jest jednym z fajniejszych miejsc w tym mieście. W pobliżu punktu gastronomicznego znajdującego się w samym centrum ogrodu, nieraz kręciły się wścibskie małpki, które uwielbiałem obserwować nalewając sobie świeżo zaparzoną kawę z metalowego dzbanka. Cała magia w tym miejscu, polegała na małej adrenalinie, którą oferowały te zwierzaki, gdyż nie raz zdarzyło mi się stracić jeszcze ciepłego pancake’a z talerza…

SPORTOWE STAMFORD

FIFA World Cup 2010  – to w ramach organizowanych już 9 lat(!) temu Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej w Durbanie powstał STADION MOSES MABHIBA. Poza atrakcją zobaczenia panoramy miasta ze stadionu i skorzystania z kompleksów sportowych ta część miasta oferuje możliwość wypożyczenia rowerów, wykorzystując potencjał szlaków rowerowych czy pobliskiej Złotej Mili. Na tym obszarze znajdują się też dwa wielkie kompleksy pól golfowych, które w pewnym sensie są „elitarne”, gdyż aby móc skorzystać z nich trzeba należeć do danego klubu. Oczywiście mi się udało wejść na teren tego obszaru pod pretekstem – pracy badawczej na studia. Poza tym zlokalizowany jest tutaj kompleks hotelu SUNCOAST, który został stworzony w bardzo popularnym stylu architektonicznym w mieście – artdeco.

POTENCJAŁ WODY

Skoro mowa o sportach – warto wspomnieć, że najbardziej popularnym sportem w Durbanie jest surfing. Poza piaszczystymi plażami North czy South Beach w mieście znajduje się również  promenada. ZŁOTA MILA – jest wyposażona w niezliczoną ilość knajpek, barów, budynków ze sprzętami wodnymi, gokartami, rowerami jak i również w miejski skatepark czy baseny publiczne. Co ciekawe, będąc nie raz na plaży – zdałem sobie sprawę, że osoby czarnoskóre niekoniecznie potrafią pływać, oni po prostu „skaczą” przez fale. Czasami ze względów bezpieczeństwa, kąpieliska bywały zamknięte, ponieważ na horyzoncie pojawiały się rekiny.

Co ciekawe, w mieście znajduje się LODOWISKO. „Reggae na lodzie” – tak nazwałbym sytuację, kiedy miałem okazję patrzeć na umiejętności lokalnego społeczeństwa w jeździe na łyżwach.

TURYSTYCZNY RAJ

Dzielnica POINT jest jedną z nowych tkanek w mieście, gdzie wśród kanałów wodnych znajduje się wysokiej jakości zabudowa mieszkaniowa. Pomimo pięknego założenia urbanistycznego miałem wrażenie, że ta dzielnica nie tętni życiem. Brakuje w niej swojego rodzaju autentyczności. Kolejnym być może nieciekawym faktem jest informacja, że wystarczy tam trochę zbłądzić by trafić w uliczki, które są ekstremalnie niebezpieczne.

W bliskim sąsiedztwie znajduje się tutaj USHAKA MARINE WORLD oferuje zwiedzającym bezpieczny pasaż handlowy o fajnym i raczej niespotykanym w mieście afrykańskim charakterze. Miejsce to jest wyposażone w liczne atrakcje jak na przykład oceanarium znajdujące się wewnątrz wraku statku, które jest 7 największym tego typu oceanarium na świecie. Poza tym na obszarze tego kompleksu znajduje się park wodny, stadiony, gdzie odbywają się pokazy tresury fok, delfinów czy karmienie pingwinów.

UMHLANGA, czyli turystyczna miejscowość oddalona 17 kilometrów od centrum miasta. Znajdują się tam najpiękniejsze plaże metropolii Durban oraz jest tam bardzo bezpiecznie. Poza tym zlokalizowane są tutaj liczne, bardzo różnorodne restauracje czy kluby. Choćby restauracja z jedzeniem greckim, meksykańskim czy włoskim. Hotele zlokalizowane w pierwszej linii pasa zabudowy od strony oceanu, sprawiają bardzo ekskluzywne wrażenie. Do atrakcji Umhlangi będzie należeć latarnia morska, której cały urok tkwi w prostocie designu oraz unikalne molo, którego filary nawiązują do żeber wieloryba.

Bardzo pozytywnie wypada również zlokalizowane tutaj centrum handlowe GATEWAY THEATRE OF SHOPPING. Plusem okazuje się transport, bo aby tutaj dotrzeć z centrum Durbanu wystarczy kupić bilet na ‘taxis’ za 5 zł.

Pomimo dużego niebezpieczeństwa w mieście w Durbanie można znaleźć miejsca, gdzie można bezpiecznie się bawić. Taką przestrzenią jest ulica FLORIDA ROAD, na której znajdują się budynki stworzone w stylu kolonialnym. Co ciekawe, to właśnie na tej ulicy zauważyć można pewnego stopnia segregację. Znajdziemy tutaj nie tylko lokale okupywane wyłącznie przez społeczność białoskórą, ale też takie, gdzie spotkamy raczej tylko społeczeństwo czarnoskóre. Przykładem takiego miejsca jest THE KEYS, które stało się częstym moim kierunkiem w weekendowe wieczory. Co prawda, zawsze byłem tam jedynym białym, który pomimo odmienności – szybko łapał afrykański „flow” na parkiecie. Efektem było nie raz zbijanie piąteczek z towarzystwem będącym w lokalu.

Ulubionym miejscem na imprezy innych erasmusów była ulica HELEN JOSEPH ROAD, klub ORIGIN oraz klub TIGER TIGER. W tym ostatnim również spotkamy 98% osób białoskórych. Zabawne, ale podczas mojego pobytu miałem okazję uczestniczyć w zorganizowanym Bierfest’cie, który odbył się w rozbitym namiocie na plaży. Pomimo, iż spędziłem tam bardzo fajny wieczór, istotnym dla mnie faktem jest kwestia braku autentyczności w tym “południowo-afrykańskim” evencie. Ciekawą alternatywą podczas mojego pobytu, okazały się wspólne wypady na karaoke i bilard do baru VILL-INNS zlokalizowanego „po drugiej stronie mostu” w centrum handlowym Glenwood Village Shopping Centre.

To teraz o kuchni. Miejscem, które dostarczyło mi egzotycznej kuchni był HABESHA CAFE. Poza kawą, którą serwują z popcornem, w lokalu można również zamówić tradycyjne etiopskie jedzenie w bardzo korzystnych cenach. Przysmakiem, który miałem okazję jeść przynajmniej raz w tygodniu był tak zwany afrykanerski fat-cook. „Magwinya” jest to lokalna bułka serwowana z serem i polony (mortadela). Danie to można kupić praktycznie wszędzie za około 2 złote. Zabawne, ale smakowało to jak polski pączek z serem i szynką.

kontynuacja: DURBAN II

Mahlabathini

Mahlabathini

Ostatni weekend w kraju zwanym Krainą Tęczy chciałem spędzić wraz z moimi przyjaciółmi, gdziekolwiek poza Durbanem. Początkowo, w planach miałem wielką podróż w północną część RPA: Kruger Park, Blyde River Canyon, Panorama Route itd… Później, bardzo chciałem pojechać na wybrzeże Sodwana Bay. Ostatecznie jednak, padło […]

Ubuntu

Ubuntu

Odstępstwem od idei mojego bloga, którego motywem przewodnim są miejsca czy miasta jest niniejszy artykuł, który dotyczy pewnej filozofii oraz społeczności, która pomaga innym. Ubuntu to zuluskie słowo, które oznacza „jestem, ponieważ ty jesteś”… Często też używane jest w bardziej filozoficznym sensie: ”wiary w uniwersalną […]

Pretoria

Pretoria

Mój pobyt w jednej z trzech stolic Republiki Południowej Afryki nie należał do zbyt długich. 5 Listopada byłem w Pretorii dosłownie kilka godzin. Nie zmienia to jednak faktu, iż to miasto wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Plusem, który o tym zadecydował był na pewno fakt, że to miasto jest bezpieczne, zadbane a trawa była przystrzyżona. Do tego miasta dotarłem zamówionym z mojego miejsca zakwaterowania w Johannesburgu uberem. Oba miasta sąsiadują ze sobą, gdyż odległość pomiędzy nimi wynosi zaledwie 50 kilometrów. W tym też mieście zlokalizowana jest Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej, co było moim pierwszym przestankiem podczas zwiedzania tego miasta. Co za cudowne miejsce! Po ponad 3 miesiącach używania codziennie tylko i wyłącznie języka angielskiego, miałem okazję porozmawiania w moim ojczystym języku. Przez cały mój pobyt w RPA tylko i wyłącznie w tym mieście spotkałem kilku Polaków, co nie ukrywam, że było dla mnie dużym zaskoczeniem. Wcześniej uważałem, że spotkam kogokolwiek z Polski podczas mojego pobytu w tym kraju. Tak się jednak nie stało.

Kolejnym moim przystankiem był The Union Buildings. Obiekt ten to nie tylko siedziba rządu RPA, to również symbol pojednania dwóch zwaśnionych stron Anglików i Burów. Zbudowany został po drugiej wojnie burskiej przez angielskiego architekta Herberta Bakera. W tym też miejscu 10 maja 1994 roku została dokonana inauguracja Nelsona Mandeli – pierwszego demokratycznie wybranego prezydenta RPA po zakończeniu apartheidu. Przed budynkiem znajduje się jego posąg oraz ogromny park, w którym umieszczono pamiątki z okresu I wojny światowej. Obiekt ten stał się ikoną Pretorii i RPA oraz jest symbolem demokracji. W rzeczywistości faktycznie robi spektakularne wrażenie. Tego też dnia, panował bardzo duży upał co nie sprzyjało temu, aby spędzić w tym miejscu za dużo czasu, gdyż afrykańskie słońce dawało o sobie znać.. Po spędzeniu 30 minut w parku pojechałem do pobliskiego centrum handlowego na lunch a po nim zamówiłem ubera, aby dotrzeć do kolejnej atrakcji.

The Voortrekker Monument został zbudowany w 1937 na wzgórzu dla upamiętnienia Wielkiego Treku, czyli ucieczki Burów przed tyranią Imperium Brytyjskiego i kolonizacji terenów obecnego północnego i wschodniego RPA. Obiekt ten jest niemal widoczny z każdego miejsca Pretorii, a sam teren obiektu stanowi świetny punkt widokowy, z którego rozprzestrzenia się panorama miasta. Budynek został stworzony w stylu architektonicznym art déco i jak to monument ma przypominać o historii. Po przekroczeniu głównego wejścia do budynku znalazłem się w Sali Bohaterów. Poniżej gigantycznych, zakończonych ostrołukowo okien znajdują się marmurowe płaskorzeźby, które są największym tego typu dziełem na świecie. Składają się one z 27 sekcji obrazujących historię Wielkiego Treku, od opuszczenia przez Burów Kolonii Przylądkowej w 1835 roku aż do podpisania Konwencji rzeki Sand w 1852 roku. Jako obiekt architektoniczny, czy po prostu pomnik historyczny –  wręcz perfekcyjnie spełnia swoja funkcję. Natomiast historia, która została przedstawiona w tym obiekcie, mam wrażenie, że jest przekłamana. Płaskorzeźby przedstawiają głównie trudności związane z osadnictwem pierwszych białoskórych mieszkańców Afryki Południowej. W tym przypadku byli to potomkowie głównie holenderskich, flamandzkich i fryzyjskich, niemieckich i francuskich kolonistów. Sposób przedstawienia tej historii, idealnie się wpisuje w ramy polityki apartheidu. Pomimo wręcz idealnego założenia architektonicznego, odczuwałem lekki dyskomfort zachwycając się tym obiektem. Chodzi mi głównie o fakt, że historia przedstawiona w the Voortrekker Monument jest przedstawiona tylko z jednej perspektywy – perspektywy białych kolonistów. Pokrzywdzonych, walecznych, którzy życiem zapłacili za zdobycie tych ziem. Nikt, oczywiście nie pomyślał o tym, że ci biali koloniści wjechali z całym swoim koncernem w lokalne społeczności, niszcząc doszczętnie sposób w jaki żyli. Nie muszę dodawać, że rdzenni mieszkańcy na samym starcie byli na przegranej pozycji, walcząc z nowymi intruzami wyposażonymi w lepsze technologie, broń palną itd. Właśnie dlatego, czułem się tam „nieswojo” – nie rozumiejąc, dlaczego nadal owa wystawa istnieje. Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo polecam to miejsce. Zdecydowanie ma coś w sobie, a możliwość obserwacji panoramy Pretorii jest dodatkowym atutem. Całość kompleksu przeszedłem w ekspresowym tempie, gdyż w powietrzu unosiła się woń nadchodzącej burzy, która chyba stanowiła o rozładowaniu wszystkich towarzyszących mi emocji w ostatnich dniach. Biegiem dotarłem do zamówionego przeze mnie ubera przed deszczem, aby następnie pojechać do Westlake Eco Estate, czyli mojego miejsca zakwaterowania. Jest to strzeżone osiedle na przedmieściach Johannesburga. Kompleks budynków mieszkaniowych wielorodzinnych tworzy samowystarczalną satelitę w strukturze miasta. Wyposażona jest w niezbędne usługi, restaurację, siłownię, ochronę, która patroluje obszar 24 godziny na dobę. Prawdopodobnie urażę kogoś moim stwierdzeniem, ale to osiedle jest idealnym azylem bezpieczeństwa – takim gettem dla występującego w tym mieście wysokiego procentu zbrodni. To miejsce jest świetne dla ludzi, którzy lubią żyć w bezpieczeństwie, natomiast to bezpieczeństwo wiąże się również z wyrzeczeniami związanymi z rezygnacją z życia w normalnych warunkach (mam na myśli nasz europejski lifestyle). Joburg, nie ukrywam wywarł na mnie bardzo negatywne wrażenie. Przed wyjazdem do RPA naczytałem się niezliczonej ilości artykułów, dotyczących tego jak bardzo niebezpieczne będzie miasto w którym ja zamieszkam, czyli Durban. Według wielu źródeł jest to najbardziej niebezpieczne miasto w tym kraju. Ja nie potwierdzę tej tezy. Dla mnie najniebezpieczniejszym miastem RPA jest Johannesburg, na którym się sparzyłem. Pod koniec dodam tylko, że oba wielkie miasta Republiki Południowej Afryki tworzą ciekawe zestawienie. Pretoria jest zadbana, piękna, bogata, a przede wszystkim bezpieczna. Johannesburg jest jej całkowitym przeciwieństwem: zaniedbane miasto i wszechobecna bieda to pierwsze na co zwróciłem uwagę. Niestety nie jest też tam bezpiecznie – idąc ulicami czułem się bardzo nieswojo. Dodam, iż mam na myśli centrum, aż strach pomyśleć, co się dzieje w innych częściach tego miasta… Po powrocie do JHB po burzy pokazała się w końcu tęcza…

fot. Weronika Denga

Greytown

Greytown

Dokładnie miesiąc temu otrzymałem propozycję spędzenia weekendu w rodzinnym mieście właścicieli od których wynajmuję mieszkanie. Greytown jest oddalone 150 kilometrów od Durbanu. Miasto, które zostało założone w 1848 roku, niestety nie oferuje zbyt wielu ciekawych atrakcji dla turystów. Jego liczba mieszkańców wynosi około 10 tysięcy, […]

Simonstad / Półwysep Przylądkowy / Hermanus / Helderberg Rural

Simonstad / Półwysep Przylądkowy / Hermanus / Helderberg Rural

Kapsztad to nie tylko atrakcje znajdujące się w samym mieście, ale również te zlokalizowane w bliskim sąsiedztwie. W czasie mojego 8 dniowego pobytu w Cape, udałem się wraz z moimi znajomymi do kilku innych miejscowości. Naszym pierwszym kierunkiem było miasto Simonstad zlokalizowane 45 kilometrów od […]

Umbumbulu

Umbumbulu

Dzisiejszy temat wpisu będzie spokojniejszy i zdecydowanie mniej obszerny niż ostatnio, gdyż będzie dotyczył głównie tylko jednej atrakcji, którą udało mi się zobaczyć 3 tygodnie temu. Post dotyczy mojego pierwszego wyjazdu na SAFARI! Takie niespełnione jeszcze dotąd, dziecięce marzenie o zobaczeniu dzikich zwierząt w ich naturalnym siedlisku – właśnie się spełnia!! W niedzielny poranek moi najemcy zaproponowali mi spędzenie tego dnia wraz z nimi w rezerwacie zlokalizowanym pomiędzy Durbanem a  Pietermaritzburgem. Tala Private Game Reserve jest prywatnym rezerwatem przyrody zlokalizowanym na wzgórzach spokojnej rolniczej społeczności w KwaZulu-Natal. Teren rezerwatu tworzy doskonałe tło dzięki niezliczonej ilości drzew akacjowych, otwartych polan i podmokłych obszarów do obserwowania dzikiej zwierzyny i ptaków.

Tala jest domem dla ponad 380 gatunków ptaków jak również dla dużych zwierząt łownych, takich jak: nosorożec, kudu, hipopotam, żyrafa czy antylopowiec szablorogi. Na pytanie mojej landlord Karin „jakie zwierzę chciałbyś najbardziej zobaczyć w rezerwacie?” bez wahania odpowiedziałem „żyrafy!”.

I owszem, udało mi się zobaczyć na początku dwie, które były ukryte, gdzieś pomiędzy afrykańskim buszem. Natomiast pod koniec tego wojażu, spotkałem dwukrotnie całe stado zamieszkujące ten rezerwat! Były piękne! A świetną wiadomością jest to, iż większość tych żyraf, które spotkałem były jeszcze młodziutkie!

Zobaczyłem też zebry, nosorożce, strusie, hipopotamy, antylopowce szablorogie, bawoły czy małpy. Udało mi się nawet zobaczyć bajkowego Pumbę, czyli guźca, który w szybkim tempie przewędrował przez trawiaste polany rezerwatu.

Przed moim pierwszym życiowym safari, niespełna miesiąc wcześniej, światowe media obiegła okropna informacja o tym, że na terenie rezerwatu zlokalizowanego w Botswanie znaleziono tuszę 90 zabitych słoni, oczywiście pozbawionych swoich ciosów.. Przerażające a zarazem przykre, słyszeć informacje o tym jak nasz gatunek doprowadził do wymordowania (jak podaje raport WWF) 60% zwierząt w przeciągu tylko 40 lat(!!!). Co prawda, rezerwat nie oferował mi spotkania słonia, gdyż po prostu go nie mieli, ale udało mi się za to zobaczyć kilka nosorożców… i niestety był to najbardziej przykry, przygnębiający obraz jaki miałem kiedykolwiek okazję oglądać.. TAK – oczywiście zwierzęta są zadbane, wyglądają świetnie. Poza tym, że nie posiadały swoich charakterystycznych rogów – nosów. Dlaczego? Właśnie ta część ich ciała uchodzi za trofeum na czarnym rynku, między innymi w Chinach. Społeczność azjatycka używa rogów nosorożców do tworzenia leków, które nie są w żaden sposób potwierdzone naukowo o tym, że są skuteczne(!). Co gorsza, dosłownie tydzień temu CHINY zalegalizowały handel i stosowanie kości tygrysów oraz ROGÓW NOSOROŻCÓW do celów medycznych, naukowych i edukacyjnych! Najgorszym faktem jest to, że na świecie żyje już tylko 30 tysięcy osobników tego pięknego gatunku zwierząt.  Prawdopodobnie, następne nasze pokolenie będzie już tylko czytać o tych zwierzętach w książkach..  Powyżej opisane sytuacje doprowadziły do tego, że DLA ICH WŁASNEGO BEZPIECZEŃSTWA PRZED CZŁOWIEKIEM – obcina się im ich cechy rozpoznawcze, czyli rogi.. Poza tym, owa grupa nosorożców w tym parku jest obserwowana 24h na dobę przez specjalnie zatrudnionych „ochroniarzy nosorożców”. Brzmi jak absurd? I jest, ale większym absurdem jest to, że to nasz gatunek – homo sapiens jest odpowiedzialny za “masowe szóste wymieranie”..

Ogromnym plusem jest to, że teren całego rezerwatu nie należy do zbyt obszernych, co daje szanse zwykłemu turyście z Europy zobaczenie prawie wszystkich gatunków zwierząt, które zamieszkują ten rezerwat.  Na koniec chciałbym się tylko wybronić być może z fali hejtu na temat „safari w prywatnym rezerwacie”. Może to zabrzmieć jak kpina, jak absurd, że będąc w Afryce pojechałem do prywatnego rezerwatu, że ludzie robią kolejny biznes na zwierzętach – a być może cały dochód wędruje w ich portfele, strefę usługową zlokalizowaną na jej terenie. Tak, tak – na tym obszarze można zorganizować spotkania biznesowe, wesela, miesiąc miodowy itp. sprawy. Natomiast ja, chciałbym się wybronić z mojej decyzji o wizycie w tym parku i być może wybronić społeczność, która „zarabia” (pracuje) dla tego rezerwatu. Kwestia rozchodzi się o hajs i życie w zamkniętej przestrzeni (która, moim zdaniem należała do bardzo obszernych) czy niewoli zwierząt. Uważam, że świat zawsze będzie się kręcił wokół możliwości wzbogacenia się. Społeczność, która troszczy się o ten park robi to najlepiej jak tylko może! Zwierzęta były zadbane, nie bały się, mają swobodną przestrzeń do codziennego życia, a co najlepsze – mają zapewnioną OCHRONĘ PRZED KŁUSOWNIKAMI.

Kapsztad

Kapsztad

Nadszedł ten czas, aby podzielić się z Wami miejscem, które od bardzo, bardzo dawna było moim wymarzonym punktem na mapie świata – Kapsztad! Miasto oddalone od Durbanu 1500 kilometrów jest jedną z 3 stolic Republiki Południowej Afryki. Udałem się do tej miejscowości pod koniec września […]