Tag: travel

Masdar City

Masdar City

Piszą o nim, że jest miastem przyszłości oraz najbardziej ekologicznym miejscem na świecie, ale jak jest w rzeczywistości? Czy ta utopijna wizja na pewno jest rewolucją w projektowaniu miast? Masdar City, bo to o nim mowa – stał się ostatnim miejscem, które zobaczyłem podczas mojej […]

Abu Dhabi

Abu Dhabi

Nieodzownym kierunkiem podczas mojego kilkudniowego pobytu w ZEA stała się stolica tego państwa. W celu dostania się do Abu Dhabi skorzystałem z linii autobusów RTA. Bezpośrednio ze stacji Ibn Battuta w DUBAJU trafiłem na główny dworzec autobusowy. Przejazd w dwie strony wyniósł około 50 złotych […]

Dubaj

Dubaj

Państwo zlokalizowane pomiędzy 3 kontynentami (Azją, Europą oraz Afryką) staje się kolejnym punktem na mojej mapie. Mowa oczywiście o Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Fakt o braku konieczności posiadania przeze mnie wizy był decydujący o zatrzymaniu się w ZEA, gdyż obywatele polscy mogą przebywać w tym kraju do 90 dni w celach turystycznych. Pomimo wszechobecnej opinii na temat cen, udaje mi się zarezerwować na BOOKING.COM nocleg za kwotę mniejszą niż 50 zł za noc. Ogromnym plusem okazała się lokalizacja obiektu, który znajdował się w bliskim sąsiedztwie stacji metra oraz basen zlokalizowany na dachu tego budynku.

Emiraty przede wszystkim kojarzą się nam z luksusem, bogactwem, zdecydowanie inną kulturą czy rygorystycznymi zasadami prowadzonej polityki. To w tej kulturze: są ściśle określone zasady dotyczące spożywania jak i zakupu napojów wysokoprocentowych. To w tym mieście: spotkamy ludzi z całego świata. To tutaj: każdy chce zarobić. To w tym kraju: kobiety kryją swoje wdzięki za burkami a mężczyźni chodzą w strojach zwanymi kandura. To tutaj: za nieodpowiednie zachowanie czy za niestosowny (czasami przypadkowy) gest można trafić do więzienia pod pretekstem publicznego siania zgorszenia.

Ja byłem tam kilka dni, ale poprzez swoje obserwacje postaram się odpowiedzieć: na czym tak właściwie polega fenomen tego megamiasta?

Dubaj otrzymuje prawa miejskie w 1833 roku, stając się współcześnie jednym z najbogatszych i najprężniej rozwijających się miast świata. Powstało ono na bardzo trudnym obszarze topograficznym – Pustyni Arabskiej. Samo położenie geograficzne również staje się swojego rodzaju problematyczne, gdyż średnia roczna temperatura wynosi 26,7 °C, a w okresie wakacyjnym temperatura dochodzi nawet do 40°C! Do  końcówki lat 60 XX wieku miejscowość rozwija się stabilnie, bez większego zaskoczenia. Skokiem rozwoju ekspansji przestrzennej Dubaju staje się rok 1969. Nic nie wskazywało na to, że pierwotnie ta mała wioska rybacka stanie się współczesnym megamiastem.

PIERWSZE WRAŻENIE

Pozytywne, nawet bardzo. Miasto jest super czyste i zadbane. Ogromne wrażenie (nawet na architekcie) zrobiły na mnie wieżowce. Jadąc metrem przez tą metropolię odnosi się wrażenie, że znajdujemy się w stumilowym lesie – z tym, że drzewami są ogromne budynki. Dubaj jest jednym z najbezpieczniejszych miast na świecie. Po moim czteromiesięcznym pobycie  w RPA, w końcu mogłem nacieszyć się wieczornym wyjściem na miasto. Kolejną świetną sprawą jest komunikacja miejska, gdzie za bilet całodobowy na metro, tramwaje i autobusy zapłaciłem około 20 złotych. Bardzo korzystnie wypadały ceny żywności w sklepach, gdzie za kanapkę z kurczakiem zapłacimy około 4 złotych.

Reasumując – Dubaj wbrew powszechnej opinii, może być tani! 

IKONY ARCHITEKTURY

W mieście znajdziemy całą gamę obiektów zaprojektowanych przez cenioną „śmietankę towarzyską” w środowisku architektonicznym. Zaha Hadid, Norman Foster czy Tom Wright to nazwiska, które są marką, których nie mogło zabraknąć w architektonicznym splendorze Dubaju. Penetrując miasto, udało mi się odkryć również obiekty, znane wszystkim ze zdjęć, jak na przykład: HOTEL ATLANTIS, BURJ AL ARAB czy CAYAN TOWER.

NIEKONWENCJONALNE TECHNOLOGIE

To, że przystanki autobusowe są klimatyzowane, a wi-fi można łapać wszędzie nie powinno raczej nikogo dziwić. Fenomenem natomiast okazuje się stworzenie sztucznych wysp, których kształt przypomina palmy czy mapę świata. W celu dostania się na THE PALM ISLANDS trzeba skorzystać z kolejnego nietuzinkowego rodzaju transportu, czyli MONORAIL (jednoszynowa kolejka górska). Wyspa nie stanowiła super atrakcji turystycznej, gdyż do znacznej części tych terenów jest zakaz wstępu. Ma to sens, gdyż posesje są prywatne i część z nich należy do sławnych osób m. in.: Davida Beckhama, Giorgio Armani czy Angeliny Jolie.

Jedną z największych technologii okazuje się stworzenie najwyższego budynku na świecie na terenie, którego podłoże tworzy niekorzystny pustynny piasek. Jak tego dokonano? Otóż Burj Khalifa zostaje posadowiony na palach fundamentowych, gdyż odkryto, że poniżej sypkiego materiału nośnego znajduje się grunt, który jest w stanie przenieść obciążenie tego budynku. Poza tym warto wspomnieć o systemie „schładzania” konstrukcji obiektu, poprzez przepompowanie wód głębinowych znajdujących się pod powierzchnią terenu miasta.

PERFORMATYWNOŚĆ

Niezapomniane okazują się wieczorne iluminacje świetlne budynku BURJ KHALIFA oraz pokaz THE BUBAI FOUNTAIN nad Burj Lake. Jest to pokaz fontann multimedialnych, które łączą grę światła, muzyki i strumieni wodnych. Personalnie, odebrałem ten pokaz bardzo emocjonalnie. Dodatkowo, podobne wydarzenia miałem okazję obserwować w zlokalizowanej tutaj galerii THE DUBAI MALL, która sama w sobie stanowi kolejną atrakcję turystyczną.

WIECZORNY SPACER BUSINESS BAY

To arabskie miasto oferuje niezliczoną ilość atrakcji, które można zrealizować podczas pobytu. Ja decyduje się na banał. Jadę na biznesową dzielnicę w celu przejścia się wzdłuż potoku Dubaj. W jednej z kafejek kupuję kawę na wynos i po prostu idę przed siebie. Listopadowy wieczorny upał, dookoła mnie 240 nowo wybudowanych drapaczy chmur, gdzie znajdują się inwestycje mieszkaniowe oraz komercyjne. Takim oto sposobem spędzam miły wieczór sam ze sobą. Sam ze swoimi refleksjami w BUSINESS BAY.

KONTRAST A MOŻE DIALEKT?

W celu poznania najstarszych struktur miejskich Dubaju udałem się do DUBAJ CREEK, gdzie znalazłem gwarne suki (targi), stare domy, liczne abry (łodzie) oraz wszechobecny handel. Nie ukrywam, ale w tym miejscu nie czułem się swobodnie. Prawdopodobnie dlatego, że nie lubię naganiaczy, którzy w BUR DUBAI SOUK wręcz zaciągali mnie do swoich sklepików, krzycząc przy tym „Jack Sparrow”. W pewnym momencie byłem już taki poirytowany, że słysząc owe hasło odpowiadałem: „gdzie do cholery jest mój statek!?”. Niby było zabawnie, ale największym żartem sytuacyjnym okazała się cena za puszkę herbaty, którą wręcz jeden z handlarzy wcisnął mi ręce, żądając przy tym 180 dirhamów (około 180 złotych). Nie dałem za wygraną, zapłaciłem tylko 20 złotych. Kolejną historyczną tkanką w tym mieście, którą miałem okazję zobaczyć jest dzielnica AL FAHIDI, gdzie znajdziemy budynki z chropowatymi murami, wyposażonymi w tradycyjne wieże wentylacyjne.

Jak więc wygląda język pomiędzy tradycją a nowoczesnością w tym arabskim mieście? Jest mi ciężko odpowiedzieć na to pytanie, ale w moim odczuciu Dubaj nie znalazł złotego środka pomiędzy strukturami historycznymi a współczesnymi. Byłem tam tylko kilka godzin, ale ewidentnie coś nie pasowało mi w tym miejscu. Przede wszystkim zaskoczył mnie brak tłumów turystów oraz kompletna rozbieżność pomiędzy stylem życia w tym miejscu a w innowacyjnym centrum miasta.

ZASADY, KTÓRYCH LEPIEJ NIE ŁAMAĆ

W Dubaju spotkamy się z metrem, gdzie znajdują się wagony przeznaczone tylko i wyłącznie dla kobiet i dzieci. W mieście jest zakaz okazywania sobie uczuć w miejscach publicznych. Raczej wskazane jest, aby pary niezwiązane dokumentem potwierdzającym związek małżeński mieszkały w osobnych pokojach. Dużym problemem okazuje się w tym mieście zakupienie alkoholu, który można nabyć tylko w specjalnie wyznaczonych miejscach. Przebywanie pod wpływem alkoholu bez specjalnej licencji jest karalne.  O ile powyższe sytuacje mogą skończyć się tylko mandatem, to część z tych przypadków może zostać uznana za przestępstwo, za które grozi nawet kara więzienia.

Apropo zasad, warto wspomnieć, że w tradycji islamu weekend zaczyna się już w czwartek po południu, natomiast niedziela jest normalnym dniem roboczym.

KAŻDY CHCE ZAROBIĆ

Tylko około 15 % społeczeństwa w ZEA to prawdziwi Emiratczycy, reszta to obcokrajowcy, głównie z Azji. Większość osób przyjeżdża tutaj w poszukiwaniu pracy. Co ciekawe w tym kraju istnieje hierarchia zarobków. Za ten sam wykonywany zawód najwięcej zarobią Emiratczycy, natomiast obywatele państw Europejskich znajdują się na trzeciej pozycji. Na samym końcu tej drabiny są kraje afrykańskie czy azjatyckie (głównie Indie). Tak jak w tytule, każdy chce tutaj zarobić. Nie od dzisiaj wiadomo, że prostytucja w tym mieście jest tematem tabu. Pomimo tak rygorystycznego prawa, bez problemu natrafiłem na setki rozrzuconych „wizytówek” – oczywistych usług.

W JEDNYM ZDANIU

Dubaj zaskakuje! Wbrew pozorom, ja nie odczułem super rygorystycznych zasad tego kraju. Dodam, że właściwie to pozytywnie zaskoczyłem się ich kulturą jak i stylem życia. Emiratczycy są bardzo pomocni, uprzejmi i naprawdę mili. Pozytywnie również wypadało wielokulturowe społeczeństwo w tym mieście, które nie raz zatrzymywało mnie na ulicy czy w hotelu prowadząc luźną rozmowę.

Miasto rozwija się wertykalnie i horyzontalnie nie tylko dzięki odkrytym złożom ropy naftowej, ale również dzięki polityce, która wykorzystuje potencjał lokalizacji tego kraju. Decyzja o wybudowaniu jednego z największych lotnisk na świecie oraz decyzja o rozwoju turystyki zapewnia długotrwałe dochody państwu.

Durban II

Durban II

Kontynuacja artykułu DURBAN I. AFRYKAŃSKI VIBE Durban jest bardzo różnorodny pod względem społeczeństwa, architektury czy tez stylu życia. Centrum miasta jest właśnie miejscem, gdzie można doświadczyć typowej Afryki. O tym, jak bardzo niebezpieczne jest miasto naczytałem się nie raz. Wydaje się, że to właśnie centrum […]

Durban I

Durban I

Dlaczego pojechałem do RPA i dlaczego akurat do Durbanu? Fascynacja Afryką była od zawsze. Dla mnie jest ona nieoczywista, nieodkryta, niezrozumiała a nawet powiedziałbym, że abstrakcyjna. Kraj wbrew pozorom nie wydaje się być super zacofany, a językiem urzędowym jest język angielski. W marcu ubiegłego roku […]

Mahlabathini

Mahlabathini

Ostatni weekend w kraju zwanym Krainą Tęczy chciałem spędzić wraz z moimi przyjaciółmi, gdziekolwiek poza Durbanem. Początkowo, w planach miałem wielką podróż w północną część RPA: Kruger Park, Blyde River Canyon, Panorama Route itd… Później, bardzo chciałem pojechać na wybrzeże Sodwana Bay. Ostatecznie jednak, padło na Oribi Gorge Nature Reserve – a konkretnie na Lake Eland Game Reserve. Dlaczego? Ogromnym problemem stał się transport.

Po podjęciu decyzji o spędzeniu weekendu nurkując na rafie koralowej Sodwana Bay, okazało się to niewykonalne. Istniejący transport publiczny tzw. „taxis” – nie przekonał mnie do tak dalekiej podróży. Chodzi mi tutaj bardziej o fakt, że busy nie uchodzą za bezpieczne, a w szczególności dla białoskórych użytkowników. Innym czynnikiem decydującym, była odległość pomiędzy miejscem mojego zakwaterowania, a punktem docelowym. Busy odpadły, wynajem własnego samochodu z uwagi na ruch lewostronny na “afrykańskich warunkach”, również. Na tym właśnie zakończyły się moje alternatywy, gdyż transport publiczny praktycznie tam nie istnieje. W grę wchodziły jeszcze pociągi, które są niebezpieczne chyba nawet dla lokalsów… To co? Może jakaś zorganizowana wycieczka z przewodnikiem? Niestety, nawet ta opcja z uwagi na wycenę, okazała się totalnie poza zasięgiem. Ostatecznie, udało mi się przekonać Senzie, aby była kierowcą do naturalnego rezerwatu Oribi Gorge.

Zanim jednak trafiliśmy na miejsce, udało nam się zabłądzić i to kilkukrotnie… Rzeczą, na którą zwróciłem uwagę, podczas trasy był fakt, iż na tych terenach Południowej Afryki występują liczne pola trzcin cukrowych. Wiąże się to z bardzo krótką, ale jakże bogatą historią państwa. Od samego początku kolonizacji, tereny te były dla nowych osadników idealne do uprawy i produkcji tej właśnie rośliny. W rezultacie, z powodu braku taniej siły roboczej w 1860 roku do Durbanu i prowincji KwaZulu-Natal sprowadzono ogromną ilość społeczeństwa indyjskiego. Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy od spędzenia krótkiej chwili w kanionie Oribi Gorge, na dnie której płynie lokalna rzeka Mzimkhulwana.

Nieopodal tego miejsca, znajdował się nasz punkt docelowy, czyli Lake Eland Game Reserve. Po uiszczeniu opłaty za wstęp, wjechaliśmy na teren naturalnego rezerwatu, który został założony w 2003 roku. Wbrew pozorom, obszar ten zaoferował naszej czwórce dzień pełen atrakcji. Przede wszystkim, ogromnym zaskoczeniem był dla mnie sam teren i jego wielkość, która wynosi 2500 hektarów! Kolejną rzeczą, która zrobiła na mnie wrażenie, były domki letniskowe. Drewniane chatki zlokalizowane nad jeziorem, oferują szansę spędzenia nocy w samym centrum rezerwatu, które wręcz skradło moje serducho! Niemniej jednak, musiałem zejść na ziemię. Mój pobyt tam, był jednodniowy, bez dokonanej rezerwacji noclegu. Przyznam się, że kolejny raz kiedy wrócę do RPA, będzie to miejsce gdzie zdecydowanie będę chciał spędzić chociażby jedną noc.

Naszą wycieczkę rozpoczęliśmy od poszukiwania dzikich zwierząt. Na terenie rezerwatu była możliwość zobaczenia kilkunastu gatunków zwierząt, w tym geparda! Pogoda tego dnia nie należała do najlepszych. Padało i było zimno… Czynniki te zdecydowały o tym, że finalnie udało nam się znaleźć tylko kilka gatunków zwierząt. Między innymi były to zebry, bawoły, antylopy czy małpy. Jestem prze szczęśliwy, że znowu udało mi się być na „safari”, a pogoda zamiast zniechęcić – wręcz przeciwnie. Zbudowała niesamowity klimat tego miejsca, nadając mu swojego rodzaju niepowtarzalny i tajemniczy urok.

Kolejnym naszym punktem, wśród wielu atrakcji miał być zjazd ZipLine. Nasze wcześniejsze błądzenie sprawiło, że większość atrakcji była już zamknięta – w tym również możliwość zjechania 14 zjazdami na ZipLine. Na nasze nieszczęście, szybko udało nam się znaleźć inną, równie świetną atrakcję, czyli przejście się na podwieszanym moście. Wooow! W połowie drogi naprawdę odczuwałem ogromny dyskomfort, przemieszczając się mostem zawieszonym kilkadziesiąt metrów nad lasem rezerwatu. Ciągła mżawka tego dnia sprawiła, że dodatkowo most był śliski i podwójnie niebezpieczny. Co za przygoda! Zdecydowanie będę to wspominać jeszcze bardzo, bardzo długo!

Ostatnią wybraną przez nas aktywnością, była po prostu objazdówka samochodem i zachwycanie się spektakularną, otaczającą nas panoramą przyrody. Paintball, skuter tour, jazda na rowerach, łowienie ryb czy jazda konno to atrakcje, które oferował nam Lake Eland Game Reserve i których z uwagi na czas nie udało nam się już niestety zrealizować. Na terenie rezerwatu znajduje się również restauracja, gdzie udaliśmy się na kawę i obiad. Szczerze – burgery, które tam serwują były jednymi z najlepszych jakie kiedykolwiek jadłem, a i cena była bardzo przyzwoita. Po bardzo intensywnym popołudniu udaliśmy się w drogę powrotną do naszego miasta, do Durbanu.

fot. Senzie Mlambo, Luyolo Mgoboli, Weronika Denga

Pretoria

Pretoria

Mój pobyt w jednej z trzech stolic Republiki Południowej Afryki nie należał do zbyt długich. 5 Listopada byłem w Pretorii dosłownie kilka godzin. Nie zmienia to jednak faktu, iż to miasto wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Plusem, który o tym zadecydował był na pewno […]

Kapsztad

Kapsztad

Nadszedł ten czas, aby podzielić się z Wami miejscem, które od bardzo, bardzo dawna było moim wymarzonym punktem na mapie świata – Kapsztad! Miasto oddalone od Durbanu 1500 kilometrów jest jedną z 3 stolic Republiki Południowej Afryki. Udałem się do tej miejscowości pod koniec września […]

Moteng

Moteng

W drugi weekend września wraz ze studentami z Niemiec wyruszyliśmy w podróż w celu spędzenia kilku dni w Górach Smoczych. W czwartkowy wieczór dotarliśmy wynajętym przez nas samochodem do naszego zakwaterowania. Noclegi zarezerwowaliśmy w Amphitheatre Backpackers Lodge. Z racji iż szlak górski, the Amphitheatre, który był naszym punktem docelowym, znajduje się na granicy z państwem Lesotho, zaraz po przyjeździe obsługa zaproponowała nam zorganizowaną wyprawę do lokalnej wioski w tym kraju. Bez chwili zastanowienia podjęliśmy decyzję o rezerwacji tej wycieczki. Kolejnego dnia, po zjedzeniu śniadania wyruszyliśmy w trasę małym busem do Lesotho. Wraz ze mną i trójką innych studentów z Niemiec, towarzyszyli nam turyści z Czech, Dani, Belgi i Holandii. Po wjeździe na terytorium innego państwa odbyła się kontrola paszportowa. Na moje nieszczęście okazało się, że potrzebuję wizy, której nie mogę kupić na granicy. W tej sytuacji musiałem się wykazać odrobiną uroku osobistego i po wdrążeniu “planu B”, udało mi się uzyskać zgodę na wjazd do tego kraju. ? Lesotho jest państwem, które w 1966 roku uzyskało niepodległość, tym samym wydostając się spod brytyjskiej kolonizacji. Kraj jest biedny. Zaraz po przekroczeniu granicy, z drogi zniknął asfalt. Ludzie, którzy żyją w tej wiosce nie mają prądu. A co za tym idzie – ich podstawowym wyposażeniem w domach są wyłącznie niezbędne meble do codziennej egzystencji… Nie ukrywam, że to miejsce zaskoczyło mnie – było właśnie państwem, które sobie wizualizowałem całe życie, myśląc o Afryce. Życie płynie tutaj powoli, ludzie są uśmiechnięci. Nie narzekają, że są biedni – wręcz przeciwnie, jak głosi powiedzenie “im mniej masz, tym więcej dajesz”. Ich pozytywna energia, radość z życia i życzliwość są wręcz nie do opisania!

Wioska Moteng jest zlokalizowana na północnym krańcu Lesotho, tuż przy granicy z państwem Republiki Południowej Afryki. Miejscowość znajduje się w dolinie łańcucha Gór Smoczych w przełęczy Monantsa. Naszym pierwszym przystankiem podczas wyprawy była szkoła podstawowa. Na naszą ekipę czekała w obiekcie nauczycielka, która z ogromną radością uczyła nas podstawowych zwrotów w ich ojczystym języku sotho. Opowiedziała nam również historię założenia szkoły, której najstarszy budynek został wybudowany w 1972 roku. Podczas naszego spotkania, zadała nam wszystkim pytanie jak się nazywamy i skąd jesteśmy. Po uzyskaniu odpowiedzi, pozwoliła sobie na kilka zdań komentarza na temat danego kraju. Przykładowo, gdy dowiedziała się, że jeden z uczestników pochodzi z Czech – skomentowała to w taki sposób, że jest chyba pierwszą osobą, która jest w tej wiosce z tego państwa. Po przedstawieniu się uczestników z Niemiec, Dani, Holandii i Belgi – nadszedł czas na mnie. Po wypowiedzeniu zdania, że pochodzę z Polski, jej osoba wybuchła wielkim entuzjazmem! Oczywiście, ten entuzjazm był uzasadniony. Kilka lat temu, pewne małżeństwo właśnie z Polski, które miało okazję zwiedzić ten kraj – zafundowało pokrycie kosztów budowy nowego dachu w jednym z budynków szkoły. Nie ukrywam, że w tym momencie moja duma urosła dziesięciokrotnie! Na tle wyżej wymienionych państw kolonialnych, które głównie dążyły do odkrywania nowych terenów, nie w imię chęci niesienia pomocy, lecz głownie w imię chęci wzbogacenia się, często niszcząc osiągnięcia danych cywilizacji, doprowadzając do upadku wielu tradycyjnych plemion i ich kultur.. Wyróżnienie mojej osoby właśnie ze względu na moją narodowość, było dla mnie kompletnym zaskoczeniem i nie ukrywam, że w tym momencie byłem cholernie zadowolony z tego faktu, że ludzie z mojego kraju pomagają, a nie tylko są beneficjentami, czerpiącymi profity ze wszystkiego. Pani nauczycielka opowiedziała nam też, że do szkoły uczęszczają dzieciaczki, które każdego dnia muszą pokonać drogę zajmującą im co najmniej godzinę, aby dotrzeć na zajęcia.. Po oprowadzeniu nas po budynkach, ruszyliśmy w wędrówkę po górach Smoczych z przewodnikiem, który pochodził z plemiona Soto.

Lesotho jest najwyżej położonym krajem na świecie oraz państwem, którego obszar w całości znajduje się na wysokości powyżej 1000 m.n.p.m. Kraj jest przepiękny, krajobrazy są spektakularne a ludzie po prostu niesamowici! Ogromnie się cieszę, że udało mi się dotrzeć do tego miejsca, pomimo początkowych problemów. Jeżeli kiedykolwiek uda wam się przyjechać na wakacje do RPA, koniecznie zabookujcie jeden dzień na zwiedzenie Lesotho. Przysięgam, nie będziecie żałować! Początkowo planowaliśmy pojechać swoim, wynajętym samochodem do stolicy państwa Maseru. Okazało się to jednak awykonalne, ze względu na to, iż nie moglibyśmy podróżować w innym kraju wynajętym samochodem z RPA. Drugim powodem rezygnacji ze stolicy, była konieczność posiadania przeze mnie wizy. Trzeci powód, który zadecydował o rezygnacji z pomysłu podróży przez ten kraj do stolicy, była fatalna kondycja dróg, która uniemożliwiłaby nam dotarcie do Maseru. Mam nadzieje, że uda mi się jednak wrócić do tego kraju i zwiedzić kiedyś ich stolicę. Natomiast, kompletnie nie żałuję że udało mi się zwiedzić tradycyjny ruralistyczny obszar. Ba! uważam, że ta wycieczka była zdecydowanie ciekawsza niż zwiedzenie miasta.

Podczas naszej wędrówki pokonaliśmy łącznie 10 kilometrów. Trasa, którą wybrał nam nasz przewodnik przebiegała głównie dookoła tej miejscowości i przełęczy Monantsa. Zgodnie z rekomendacją naszej obsługi w hostelu, szlak nie należał do zbyt trudnych i nadawał się dla osób bez kompletnego doświadczenia – czyli mnie.?

Nasz przewodnik podczas wyprawy pokazał nam również malowidła naścienne, które mają prawdopodobnie około 3000 lat! Jedno z poniższych zdjęć prezentuje jak Sechmore tłumaczy nam ich znaczenie. Rysunki te zostały wykonane przez Buszmenów, czyli najstarsze plemię zamieszkujące Lesotho. Malowidła te służyły kiedyś do formy komunikacji z innymi plemionami. Na zdjęciu można rozpoznać 3 zwierzęta, od prawej: bawoła, antylopę i żyrafę. Bawół jest zwierzęciem, który często zamieszkuje obszary, gdzie występuje woda. Oznacza to więc, że przemieszczając się w tym kierunku znajdziemy wodę. Antylopa sugerowała to, iż na tym obszarze występują właśnie tego typu zwierzęta. Natomiast żyrafa oznaczała to, iż podróżując w tym kierunku spotkamy inne ludy, takie jak Zulu czy Xhosa. Malowidła te stanowią ciekawy sposób starożytnej niewerbalnej komunikacji, pomiędzy pradawnymi mieszkańcami tych obszarów.

Po pokonaniu wyznaczonej przez naszego przewodnika trasy, nadszedł czas na mały odpoczynek. Udaliśmy się grupą do jednej z tradycyjnych chat, gdzie czekała na nas starsza pani z przygotowanym tradycyjnym posiłkiem. Tym posiłkiem był chleb na parze ze szpinakiem. Mieszkańcy tego kraju spożywają to danie każdego dnia. Nie dlatego, że jest dobre (serio, było przepyszne!). Nie dlatego, że nie lubią mięsa. Spożywają ten posiłek codziennie dlatego, że są biedni. W chatce czekało też na nas lokalne piwo, produkowane właśnie w tym kraju.

Kolejnym naszym przystankiem, była inna chata, gdzie czekał na nas lokalny szaman. Tym razem, mogliśmy usłyszeć historię na temat jego osoby oraz tego, w jaki sposób leczy swoimi wierzeniami ludzi. Do swojego outfit’u miał załączone liczne dodatki, na przykład takie jak wysuszona rączka małpki czy muszelki. Po miłej gościnie i całym dniu atrakcji, udaliśmy się do naszego zakwaterowania znajdującego się za wschodnią granicą państwa Lesotho, spotykając po drodze grupę uczniów wracających ze swoich zajęć.

Coffee Bay

Coffee Bay

Czas na kolejną podróż! 9 sierpnia wraz z grupą studentów z Francji i Niemiec udaliśmy się na 4 dniową wycieczkę do miejscowości Coffee Bay. Chcąc dotrzeć do tego miasteczka wynajęliśmy samochody i pokonaliśmy ponad 500 km. Trasa zajęła nam ponad 9 godzin, a w trakcie […]