Tag: wakacje

Masdar City

Masdar City

Piszą o nim, że jest miastem przyszłości oraz najbardziej ekologicznym miejscem na świecie, ale jak jest w rzeczywistości? Czy ta utopijna wizja na pewno jest rewolucją w projektowaniu miast? Masdar City, bo to o nim mowa – stał się ostatnim miejscem, które zobaczyłem podczas mojej […]

Abu Dhabi

Abu Dhabi

Nieodzownym kierunkiem podczas mojego kilkudniowego pobytu w ZEA stała się stolica tego państwa. W celu dostania się do Abu Dhabi skorzystałem z linii autobusów RTA. Bezpośrednio ze stacji Ibn Battuta w DUBAJU trafiłem na główny dworzec autobusowy. Przejazd w dwie strony wyniósł około 50 złotych […]

Durban II

Durban II

Kontynuacja artykułu DURBAN I.

AFRYKAŃSKI VIBE

Durban jest bardzo różnorodny pod względem społeczeństwa, architektury czy tez stylu życia. Centrum miasta jest właśnie miejscem, gdzie można doświadczyć typowej Afryki. O tym, jak bardzo niebezpieczne jest miasto naczytałem się nie raz. Wydaje się, że to właśnie centrum miasta jest jedną z tych przestrzeni. Afrykańczycy są przede wszystkim głośni, lubią handel i nietuzinkowy styl życia.

Transport publiczny (jaki my znamy) w tym mieście nie istnieje. Istnieją natomiast „taxis”, które są swojego rodzaju pewnym elementem ich kultury. Moim zdaniem jest to rzecz, którą naprawdę warto zrobić będąc w RPA. Po wejściu do busa – kierowca odpala typowy afrykański bit (typu afrykańskie creepy techno). Emocje sięgają zenitu! Przy odrobinie szczęścia – siedząc w pierwszym rzędzie, będziecie uczestniczyć w rozliczaniu pasażerów za bilety z kierowcą w trakcie jazdy. Atmosfera w samochodzie jest niepowtarzalna – a lokalne społeczeństwo naprawdę doceni to, że białoskóra osoba korzysta z tego samego środka transportu co i oni. „Taxis” są super tanie i dają niezapomnianą dawkę adrenaliny. W centrum miasta bywałem niejednokrotnie, gdyż jeździłem tam do biblioteki. Znajduje się ona w ratuszu miejskim z 1910 roku, który jest „bratem bliźniakiem” ratusza miejskiego w Belfaście.

TARGOWISKA

Kolejnym elementem ich kultury jest właśnie handel. Stragany są praktycznie na każdej ulicy. Nawet w okolicach uczelni były stoiska, gdzie lokalne społeczeństwo codziennie sprzedawało pieczoną kukurydzę, mięso, kiełbasy, chipsy, słodycze czy nawet papieroski na sztuki.

Bywały targowiska, gdzie ludzie sprzedawali towary w cywilizowany sposób, ale bywały też miejsca, gdzie te towary były sprzedawane w bardziej „dziki” nieformalny sposób. Jednym z takich miejsc, gdzie doświadczymy nieformalnego handlu są okolice centralnego dworca kolejowego i część miasta nazywająca się Warwick. Pod nieukończonym wiaduktem oraz i na nim – można było zaopatrzyć się we wszystko. Wiadukt nie został ukończony, ponieważ inżynier, który zaprojektował sieć dróg tego węzła komunikacyjnego popełnił błąd (w RPA jest ruch lewostronny a projektant pochodził z Niemiec). Nie przeszkodziło to natomiast lokalnemu społeczeństwu w szybkiej adaptacji tego obiektu do prowadzenia sprzedaży towarów potrzebnych do „muti” (praktykowania wiary w czarną magię). Można tam kupić: suszone części ciał zwierząt, roślin itd. Odór, który unosił się w powietrzu był nie do wytrzymania. Inne ciekawe targowiska w mieście znajdywały się również w bliskiej lokalizacji centrum miasta, gdzie ja chodziłem na dredy. Przyznam się, że lokalni handlarze jak i ja – byli pod wrażeniem mojej odwagi. Niekoniecznie ten metalowy „shack” (barak) – był miejscem bezpiecznym dla „białego” polaczka, tym bardziej, że byłem tam kilkukrotnie sam.

 

Ogromnym zainteresowaniem społeczeństwa cieszą się markety, gdzie robiąc zakupy nie oczekuje się zbyt dużej dawki adrenaliny. Takim marketem może być zlokalizowany na przedmieściach Durbanu SHONGWENI FARMERS MARKET, który z pewnością spodoba się niejednemu turyście. Ciekawostką jest fakt, że to właśnie tego typu miejsca sprawiają, że społeczeństwo zaciera bariery rasowe, przebywając tam w celu „konsumpcji doświadczeń” – jedzenia, zakupów czy spotkań.

INDIE W AFRYCE

Durban jest nie tylko afrykański, europejski, ale jest również indyjski. W mieście możemy znaleźć wiele świątyń hinduskich, sklepów z indyjskimi przyprawami oraz restauracji. To właśnie tutaj zrodziło się danie zwane bunny-chow. Można go trochę porównać do polskiego żurku w chlebie, ale zamiast zupy, w pieczywie znajduje się curry z mięsem i warzywami, które są pikantne. Najlepszą knajpką serwująca w Durbanie to danie okazała się CANECUTTERS, ale ja również polecam indyjską restauracje THE LITTLE INDIA RESTAURANT.

Indyjskie wpływy widać w całym mieście, ale to ulica The Grey Street (aktualnie Denis Hurley Street) jako pierwsza została zaadoptowana przez azjatycką społeczność w Durbanie. Można ją porównać do znanego wszystkim Chinatown w Londynie. Ornamentyka, detale czy sam kształt budynków przypominają żywcem skopiowane budynki z Mumbaju. To na tej ulicy powstał największy na tej półkuli ziemskiej meczet Juma Mosque oraz unikalny VICTORIA MARKET, który działa do dzisiaj. Będąc tam na zakupach, czułem się bardzo nieswojo – kontrolując cały czas czy nadal mam telefon w kieszeni. Plusem w tym markecie są na pewno ceny. Nie skuszę się  jednak na stwierdzenie, że jest to miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć będąc w Durbanie.

SHANTY-TOWNY I TOWNSHIPY

Poprzez politykę apartheidu do 1994 roku miasto kształtuje się według ściśle ustanowionych zasad podziału, segregacji społecznej. Poza ścisłym centrum na obrzeżach miasta tworzą się struktury miejskie, które zamieszkuje najbiedniejsza część społeczeństwa. Mija 25 lat – a jednak nadal się nic nie zmieniło. Shanty-towny – czyli tak zwane slumsy. Jest to tkanka miasta, którą tworzą tak zwane „shacki” (budy) wykonane z materiałów tymczasowych. Metropolia Durbanu liczy ponad 3,4 miliona mieszkańców z czego 1,1 miliona żyje w skrajnie słych warunkach, nie mając dostępu do wody, kanalizacji czy prądu. Ja nie miałem okazji być osobiście w prawdziwych shanty-townach, gdyż wiąże się to po prostu z dużym niebezpieczeństwem. Miałem za to okazję być w town-shipach.

KWAMASHU

Jest to część miasta, gdzie mieszka czarnoskóre społeczeństwo i pomimo dostępu do wody, kanalizacji i prądu nadal jest marginesem społecznym. Przestrzenie są w dużej mierze niekontrolowane, brakuje w nich podstawowych usług czy planowania przestrzennego. W kilku przewodnikach przeczytałem, że town-shipy należą do niebezpiecznych. Ciężko mi się odnieść do tych informacji, gdyż byłem tam ze znajomymi. Odniosłem wrażenie, że ta społeczność jest bardzo pozytywna, miła i przyjazna. Sprawiali raczej wrażenie totalnie zaskoczonych i nie przygotowanych, aby mnie zaatakować. Pierwszy raz miałem okazje być tam jako turysta – totalnie odradzam tego typu zwiedzanie. Miałem wrażenie, że główną ideą przewodnika tej wycieczki było pokazanie bogatemu Europejczykowi: „jak bardzo biedni jesteśmy”.

Po mojej wizycie w town-shipie, poznałem Wandile, którego wpis na temat UBUNTU pojawił się już na blogu . To on pokazał mi prawdziwą część miasta, stworzoną przez czarnoskóre społeczeństwo i to on pokazał mi, że pomimo biedy – ci ludzie żyją w harmonii i są bardzo życzliwi dla innych. Moim punktem kulminacyjnym pobytu w KwaMashu – było uczestniczenie w mszy adwentystów dnia siódmego. Po kazaniu pastora wleciał gospel, ludzie zaczęli śpiewać i wielbić Pana. Następnie całe społeczeństwo spotkało się na wspólnym obiedzie przy kościele. Co mnie zaskoczyło – dla każdego był obiad. Cały urok tego miejsca polegał na tym, że ci ludzie się dzielą. Każdy przynosi coś do jedzenia (trochę mniej, trochę więcej), w zależności od sytuacji finansowej. Natomiast każdy po wspólnej modlitwie, otrzymuje ten sam posiłek. Podczas mojego pobytu tam, miałem okazję zwiedzenia kilku szkół, które z uwagi na to ze był weekend zmieniały funkcje (były kościołami). Każdy w KwaMashu był mną zaciekawiony, chciał abym zrobił mu zdjęcie – wymieniając się przy tym szczerym uśmiechem i szacunkiem. Byli w pewnym sensie mnie ciekawi, bo przecież przyleciałem z Polski i to ja dla nich byłem egzotyczny.

Jedną z mieszkanek takiego town-shipu była moja sprzątaczka Timbsi. Dlaczego miałem sprzątaczkę? W RPA jest taka niepisana zasada… Jeżeli ciebie stać – musisz dać zarobić innym. Z perspektywy czasu bardzo się cieszę, że ją miałem, ponieważ to ona opowiedziała mi wiele rzeczy na temat społeczeństwa i życia w tym państwie.

TO JAK TO W KOŃCU JEST?

Patrząc już z perspektywy czasu, bardzo się cieszę, że miałem okazję mieszkać właśnie w tym afrykańskim mieście. Miasto jest cholernie różnorodne. Jest całkowicie inne niż te, które my znamy. Posiada swój charakterystyczny styl i zasady, które na początku ciężko było mi zaakceptować, a co dopiero zrozumieć. W mieście jest bardzo dużo miejsc, gdzie lepiej nie pokazywać się z telefonem, aparatem czy portfelem „wypchanym sianem”. RPA nie należy do państw, gdzie normalną rzeczą jest chodzenie po zmierzchu ulicą. Ja takich sytuacji starałem się unikać, ale zdarzyło mi się nie raz wracać o zmroku do mojego domu.

Apartheid w powietrzuChciałbym powiedzieć, że to bullshit, ale nie powiem. Z moich obserwacji wygląda to tak, że białoskóre społeczeństwo podchodzi z ogromnym dystansem do innych, stając się swojego rodzaju trochę paranoikami. Hindusi się izolują i unikają wchodzenia w interakcję z innymi, żyjąc w swoich zamkniętych enklawach. Natomiast czarnoskóre społeczeństwo wydawało mi się najbardziej sympatyczne. Nie raz usłyszałem masę komplementów od pań ekspedientek. Sami czarnoskórzy żartują, że „osoba, która za tobą idzie wieczorem i nie jest biała prawdopodobnie ciebie zaatakuje – jest to znak, żeby uciekać”.

Podczas mojego czteromiesięcznego pobytu w Durbanie nie stałem się ofiarą żadnej niebezpiecznej sytuacji, nie mniej jednak byłem świadkiem jednego incydentu, gdzie została okradziona jedna dziewczyna. Pewnego dnia miałem też sytuacje, że idąc Złotą Milą odniosłem wrażenie że ktoś mnie śledzi. Poza tym słyszałem również o przypadkach, gdzie zaatakowano w samochodzie mężczyznę, raniąc go kilkukrotnie nożem czy również historie moich znajomych jak zostali kilkukrotnie okradzeni (nawet z butów:). Sytuacje, które miałem okazję usłyszeć sprawiły, że z większym dystansem, świadomością i obserwacją otoczenia – zwiedzałem i codziennie funkcjonowałem w afrykańskim mieście.

Durban można zwiedzić na dwa sposoby: poznać dogłębnie jego kulturę i styl życia lub można iść szablonowym, turystycznym szlakiem. Fascynacja afrykańską kulturą nadal pozostaje i  pomimo, iż jestem już w Polsce chce tam wrócić i odkryć to czego nie miałem jeszcze okazji zobaczyć.

Durban I

Durban I

Dlaczego pojechałem do RPA i dlaczego akurat do Durbanu? Fascynacja Afryką była od zawsze. Dla mnie jest ona nieoczywista, nieodkryta, niezrozumiała a nawet powiedziałbym, że abstrakcyjna. Kraj wbrew pozorom nie wydaje się być super zacofany, a językiem urzędowym jest język angielski. W marcu ubiegłego roku […]

Mahlabathini

Mahlabathini

Ostatni weekend w kraju zwanym Krainą Tęczy chciałem spędzić wraz z moimi przyjaciółmi, gdziekolwiek poza Durbanem. Początkowo, w planach miałem wielką podróż w północną część RPA: Kruger Park, Blyde River Canyon, Panorama Route itd… Później, bardzo chciałem pojechać na wybrzeże Sodwana Bay. Ostatecznie jednak, padło […]

Pretoria

Pretoria

Mój pobyt w jednej z trzech stolic Republiki Południowej Afryki nie należał do zbyt długich. 5 Listopada byłem w Pretorii dosłownie kilka godzin. Nie zmienia to jednak faktu, iż to miasto wywarło na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Plusem, który o tym zadecydował był na pewno fakt, że to miasto jest bezpieczne, zadbane a trawa była przystrzyżona. Do tego miasta dotarłem zamówionym z mojego miejsca zakwaterowania w Johannesburgu uberem. Oba miasta sąsiadują ze sobą, gdyż odległość pomiędzy nimi wynosi zaledwie 50 kilometrów. W tym też mieście zlokalizowana jest Ambasada Rzeczypospolitej Polskiej, co było moim pierwszym przestankiem podczas zwiedzania tego miasta. Co za cudowne miejsce! Po ponad 3 miesiącach używania codziennie tylko i wyłącznie języka angielskiego, miałem okazję porozmawiania w moim ojczystym języku. Przez cały mój pobyt w RPA tylko i wyłącznie w tym mieście spotkałem kilku Polaków, co nie ukrywam, że było dla mnie dużym zaskoczeniem. Wcześniej uważałem, że spotkam kogokolwiek z Polski podczas mojego pobytu w tym kraju. Tak się jednak nie stało.

Kolejnym moim przystankiem był The Union Buildings. Obiekt ten to nie tylko siedziba rządu RPA, to również symbol pojednania dwóch zwaśnionych stron Anglików i Burów. Zbudowany został po drugiej wojnie burskiej przez angielskiego architekta Herberta Bakera. W tym też miejscu 10 maja 1994 roku została dokonana inauguracja Nelsona Mandeli – pierwszego demokratycznie wybranego prezydenta RPA po zakończeniu apartheidu. Przed budynkiem znajduje się jego posąg oraz ogromny park, w którym umieszczono pamiątki z okresu I wojny światowej. Obiekt ten stał się ikoną Pretorii i RPA oraz jest symbolem demokracji. W rzeczywistości faktycznie robi spektakularne wrażenie. Tego też dnia, panował bardzo duży upał co nie sprzyjało temu, aby spędzić w tym miejscu za dużo czasu, gdyż afrykańskie słońce dawało o sobie znać.. Po spędzeniu 30 minut w parku pojechałem do pobliskiego centrum handlowego na lunch a po nim zamówiłem ubera, aby dotrzeć do kolejnej atrakcji.

The Voortrekker Monument został zbudowany w 1937 na wzgórzu dla upamiętnienia Wielkiego Treku, czyli ucieczki Burów przed tyranią Imperium Brytyjskiego i kolonizacji terenów obecnego północnego i wschodniego RPA. Obiekt ten jest niemal widoczny z każdego miejsca Pretorii, a sam teren obiektu stanowi świetny punkt widokowy, z którego rozprzestrzenia się panorama miasta. Budynek został stworzony w stylu architektonicznym art déco i jak to monument ma przypominać o historii. Po przekroczeniu głównego wejścia do budynku znalazłem się w Sali Bohaterów. Poniżej gigantycznych, zakończonych ostrołukowo okien znajdują się marmurowe płaskorzeźby, które są największym tego typu dziełem na świecie. Składają się one z 27 sekcji obrazujących historię Wielkiego Treku, od opuszczenia przez Burów Kolonii Przylądkowej w 1835 roku aż do podpisania Konwencji rzeki Sand w 1852 roku. Jako obiekt architektoniczny, czy po prostu pomnik historyczny –  wręcz perfekcyjnie spełnia swoja funkcję. Natomiast historia, która została przedstawiona w tym obiekcie, mam wrażenie, że jest przekłamana. Płaskorzeźby przedstawiają głównie trudności związane z osadnictwem pierwszych białoskórych mieszkańców Afryki Południowej. W tym przypadku byli to potomkowie głównie holenderskich, flamandzkich i fryzyjskich, niemieckich i francuskich kolonistów. Sposób przedstawienia tej historii, idealnie się wpisuje w ramy polityki apartheidu. Pomimo wręcz idealnego założenia architektonicznego, odczuwałem lekki dyskomfort zachwycając się tym obiektem. Chodzi mi głównie o fakt, że historia przedstawiona w the Voortrekker Monument jest przedstawiona tylko z jednej perspektywy – perspektywy białych kolonistów. Pokrzywdzonych, walecznych, którzy życiem zapłacili za zdobycie tych ziem. Nikt, oczywiście nie pomyślał o tym, że ci biali koloniści wjechali z całym swoim koncernem w lokalne społeczności, niszcząc doszczętnie sposób w jaki żyli. Nie muszę dodawać, że rdzenni mieszkańcy na samym starcie byli na przegranej pozycji, walcząc z nowymi intruzami wyposażonymi w lepsze technologie, broń palną itd. Właśnie dlatego, czułem się tam „nieswojo” – nie rozumiejąc, dlaczego nadal owa wystawa istnieje. Nie zmienia to jednak faktu, że bardzo polecam to miejsce. Zdecydowanie ma coś w sobie, a możliwość obserwacji panoramy Pretorii jest dodatkowym atutem. Całość kompleksu przeszedłem w ekspresowym tempie, gdyż w powietrzu unosiła się woń nadchodzącej burzy, która chyba stanowiła o rozładowaniu wszystkich towarzyszących mi emocji w ostatnich dniach. Biegiem dotarłem do zamówionego przeze mnie ubera przed deszczem, aby następnie pojechać do Westlake Eco Estate, czyli mojego miejsca zakwaterowania. Jest to strzeżone osiedle na przedmieściach Johannesburga. Kompleks budynków mieszkaniowych wielorodzinnych tworzy samowystarczalną satelitę w strukturze miasta. Wyposażona jest w niezbędne usługi, restaurację, siłownię, ochronę, która patroluje obszar 24 godziny na dobę. Prawdopodobnie urażę kogoś moim stwierdzeniem, ale to osiedle jest idealnym azylem bezpieczeństwa – takim gettem dla występującego w tym mieście wysokiego procentu zbrodni. To miejsce jest świetne dla ludzi, którzy lubią żyć w bezpieczeństwie, natomiast to bezpieczeństwo wiąże się również z wyrzeczeniami związanymi z rezygnacją z życia w normalnych warunkach (mam na myśli nasz europejski lifestyle). Joburg, nie ukrywam wywarł na mnie bardzo negatywne wrażenie. Przed wyjazdem do RPA naczytałem się niezliczonej ilości artykułów, dotyczących tego jak bardzo niebezpieczne będzie miasto w którym ja zamieszkam, czyli Durban. Według wielu źródeł jest to najbardziej niebezpieczne miasto w tym kraju. Ja nie potwierdzę tej tezy. Dla mnie najniebezpieczniejszym miastem RPA jest Johannesburg, na którym się sparzyłem. Pod koniec dodam tylko, że oba wielkie miasta Republiki Południowej Afryki tworzą ciekawe zestawienie. Pretoria jest zadbana, piękna, bogata, a przede wszystkim bezpieczna. Johannesburg jest jej całkowitym przeciwieństwem: zaniedbane miasto i wszechobecna bieda to pierwsze na co zwróciłem uwagę. Niestety nie jest też tam bezpiecznie – idąc ulicami czułem się bardzo nieswojo. Dodam, iż mam na myśli centrum, aż strach pomyśleć, co się dzieje w innych częściach tego miasta… Po powrocie do JHB po burzy pokazała się w końcu tęcza…

fot. Weronika Denga

Greytown

Greytown

Dokładnie miesiąc temu otrzymałem propozycję spędzenia weekendu w rodzinnym mieście właścicieli od których wynajmuję mieszkanie. Greytown jest oddalone 150 kilometrów od Durbanu. Miasto, które zostało założone w 1848 roku, niestety nie oferuje zbyt wielu ciekawych atrakcji dla turystów. Jego liczba mieszkańców wynosi około 10 tysięcy, […]

Simonstad / Półwysep Przylądkowy / Hermanus / Helderberg Rural

Simonstad / Półwysep Przylądkowy / Hermanus / Helderberg Rural

Kapsztad to nie tylko atrakcje znajdujące się w samym mieście, ale również te zlokalizowane w bliskim sąsiedztwie. W czasie mojego 8 dniowego pobytu w Cape, udałem się wraz z moimi znajomymi do kilku innych miejscowości. Naszym pierwszym kierunkiem było miasto Simonstad zlokalizowane 45 kilometrów od […]

Umbumbulu

Umbumbulu

Dzisiejszy temat wpisu będzie spokojniejszy i zdecydowanie mniej obszerny niż ostatnio, gdyż będzie dotyczył głównie tylko jednej atrakcji, którą udało mi się zobaczyć 3 tygodnie temu. Post dotyczy mojego pierwszego wyjazdu na SAFARI! Takie niespełnione jeszcze dotąd, dziecięce marzenie o zobaczeniu dzikich zwierząt w ich naturalnym siedlisku – właśnie się spełnia!! W niedzielny poranek moi najemcy zaproponowali mi spędzenie tego dnia wraz z nimi w rezerwacie zlokalizowanym pomiędzy Durbanem a  Pietermaritzburgem. Tala Private Game Reserve jest prywatnym rezerwatem przyrody zlokalizowanym na wzgórzach spokojnej rolniczej społeczności w KwaZulu-Natal. Teren rezerwatu tworzy doskonałe tło dzięki niezliczonej ilości drzew akacjowych, otwartych polan i podmokłych obszarów do obserwowania dzikiej zwierzyny i ptaków.

Tala jest domem dla ponad 380 gatunków ptaków jak również dla dużych zwierząt łownych, takich jak: nosorożec, kudu, hipopotam, żyrafa czy antylopowiec szablorogi. Na pytanie mojej landlord Karin „jakie zwierzę chciałbyś najbardziej zobaczyć w rezerwacie?” bez wahania odpowiedziałem „żyrafy!”.

I owszem, udało mi się zobaczyć na początku dwie, które były ukryte, gdzieś pomiędzy afrykańskim buszem. Natomiast pod koniec tego wojażu, spotkałem dwukrotnie całe stado zamieszkujące ten rezerwat! Były piękne! A świetną wiadomością jest to, iż większość tych żyraf, które spotkałem były jeszcze młodziutkie!

Zobaczyłem też zebry, nosorożce, strusie, hipopotamy, antylopowce szablorogie, bawoły czy małpy. Udało mi się nawet zobaczyć bajkowego Pumbę, czyli guźca, który w szybkim tempie przewędrował przez trawiaste polany rezerwatu.

Przed moim pierwszym życiowym safari, niespełna miesiąc wcześniej, światowe media obiegła okropna informacja o tym, że na terenie rezerwatu zlokalizowanego w Botswanie znaleziono tuszę 90 zabitych słoni, oczywiście pozbawionych swoich ciosów.. Przerażające a zarazem przykre, słyszeć informacje o tym jak nasz gatunek doprowadził do wymordowania (jak podaje raport WWF) 60% zwierząt w przeciągu tylko 40 lat(!!!). Co prawda, rezerwat nie oferował mi spotkania słonia, gdyż po prostu go nie mieli, ale udało mi się za to zobaczyć kilka nosorożców… i niestety był to najbardziej przykry, przygnębiający obraz jaki miałem kiedykolwiek okazję oglądać.. TAK – oczywiście zwierzęta są zadbane, wyglądają świetnie. Poza tym, że nie posiadały swoich charakterystycznych rogów – nosów. Dlaczego? Właśnie ta część ich ciała uchodzi za trofeum na czarnym rynku, między innymi w Chinach. Społeczność azjatycka używa rogów nosorożców do tworzenia leków, które nie są w żaden sposób potwierdzone naukowo o tym, że są skuteczne(!). Co gorsza, dosłownie tydzień temu CHINY zalegalizowały handel i stosowanie kości tygrysów oraz ROGÓW NOSOROŻCÓW do celów medycznych, naukowych i edukacyjnych! Najgorszym faktem jest to, że na świecie żyje już tylko 30 tysięcy osobników tego pięknego gatunku zwierząt.  Prawdopodobnie, następne nasze pokolenie będzie już tylko czytać o tych zwierzętach w książkach..  Powyżej opisane sytuacje doprowadziły do tego, że DLA ICH WŁASNEGO BEZPIECZEŃSTWA PRZED CZŁOWIEKIEM – obcina się im ich cechy rozpoznawcze, czyli rogi.. Poza tym, owa grupa nosorożców w tym parku jest obserwowana 24h na dobę przez specjalnie zatrudnionych „ochroniarzy nosorożców”. Brzmi jak absurd? I jest, ale większym absurdem jest to, że to nasz gatunek – homo sapiens jest odpowiedzialny za “masowe szóste wymieranie”..

Ogromnym plusem jest to, że teren całego rezerwatu nie należy do zbyt obszernych, co daje szanse zwykłemu turyście z Europy zobaczenie prawie wszystkich gatunków zwierząt, które zamieszkują ten rezerwat.  Na koniec chciałbym się tylko wybronić być może z fali hejtu na temat „safari w prywatnym rezerwacie”. Może to zabrzmieć jak kpina, jak absurd, że będąc w Afryce pojechałem do prywatnego rezerwatu, że ludzie robią kolejny biznes na zwierzętach – a być może cały dochód wędruje w ich portfele, strefę usługową zlokalizowaną na jej terenie. Tak, tak – na tym obszarze można zorganizować spotkania biznesowe, wesela, miesiąc miodowy itp. sprawy. Natomiast ja, chciałbym się wybronić z mojej decyzji o wizycie w tym parku i być może wybronić społeczność, która „zarabia” (pracuje) dla tego rezerwatu. Kwestia rozchodzi się o hajs i życie w zamkniętej przestrzeni (która, moim zdaniem należała do bardzo obszernych) czy niewoli zwierząt. Uważam, że świat zawsze będzie się kręcił wokół możliwości wzbogacenia się. Społeczność, która troszczy się o ten park robi to najlepiej jak tylko może! Zwierzęta były zadbane, nie bały się, mają swobodną przestrzeń do codziennego życia, a co najlepsze – mają zapewnioną OCHRONĘ PRZED KŁUSOWNIKAMI.

Kapsztad

Kapsztad

Nadszedł ten czas, aby podzielić się z Wami miejscem, które od bardzo, bardzo dawna było moim wymarzonym punktem na mapie świata – Kapsztad! Miasto oddalone od Durbanu 1500 kilometrów jest jedną z 3 stolic Republiki Południowej Afryki. Udałem się do tej miejscowości pod koniec września […]